Zostawiona sama sobie Anna czasem płakała, ale przekonanie o obowiązkach, konieczności takiego położenia prędko ją umiały natchnąć rezygnacją, z którą nie tylko znosiła złe humory i ciągły despotyzm ciotki, lecz brak zupełny życia, rozmowy i uczuć niezbędnych w młodym wieku. Usiłowała przywyknąć do tego spokojnego i regularnego życia, w które była wprzężo-na, starała się wytłumaczyć sobie, że tak jak było, było dobrze. Lecz na próżno. Trudno to młodej panience oswoić się z takim życiem zimnym zegaru, jakie prowadzono w Złotej Woli u pani Doroty. Męczyła się biedna Anna i, ofiarując Bogu swoje męczarnie, usiłowała przed ciotką nigdy się nie wydać z tym, że jej było źle i że miała w duszy większy zapas czucia i myśli, którego nie podobna było zużyć przy kanarkach i pieskach.
Tymczasem pocieszała się wspomnieniem swojej młodości. Inna bowiem całkiem była pierwsza jej młodość, inne wówczas życie i przygotowanie do innego. Rodzice Anny byli bardzo bogaci. Nieszczęściem, jak to u nas często bywa, los ich osadził przy bogatszych jeszcze w stronie, w której zbytek był w powietrzu, koniecznością, potrzebą. Na zbytki więc stracili wszystko, co mieli. Po świetnych balach, zabawach z pałacu i karet zejść potrzeba było w ubogie życie nędznego dworku i karmić się zgryzotami.
Anna odebrała była wychowanie niepospolicie staranne. Matka, która ją kochała, jak zwykle jedynaków kochają rodzice, poświęciła się całkiem najświetniejszej edukacji ulubionego dziecięcia. Trzeba wyznać, że koszta, jakie stąd wyniknęły przy dość nieporządnym utrzymywaniu interesów, przyczyniły się niemało do zniszczenia na majątku rodziców Anny. W ostatnich czasach, gdy z przestrachem poglądali, na przyszłość coraz groźniejszą, gdy dłużnicy po jednej zabierali wioski, cieszyły ich tylko postępy córki, jej wdzięki i charakter słodki.
Nauczyciele ubóstwiali tę uczennicę skromną przy największych postępach w nauce, a zawsze jak dziecię łagodną. Kiedy wreszcie rodzice Anny ujrzeli się nagle w ubóstwie, nie tyle im żal było majątku dla siebie, ile dla córki: to bowiem, co przeznaczyli na jej uszczęśliwienie, wychowanie, stawało się przy ubóstwie jedną więcej męczarnią. Może się to komu wydać śmiesznym, lecz któż nie przyzna, że wychowanie staranne daje gusta wytworne, czyni potrzebą towarzystwo dobre, książki itp., a z jakimiż trudnościami walczyć musi ubogi, żeby te przyjemności życia, do których nawykł, bez upokorzenia pozyskać?
Anna nagle przeniesiona z pięknego pałacu do mizernego dworku, który z całego majątku rodzicom jej pozostał, nie miała nauczycieli, fortepianu, książek, arfy, kwiatów swoich, ogródka, pięknych obrazów i pięknych sukienek. Z początku było jej bardzo ciężko znieść taką odmianę. Lecz gdy ujrzała posępne twarze ojca i matki, gdy uczuła potrzebę pocieszania ich, udała, że jej dobrze, lepiej nawet jak wprzódy, włożyła uśmiech na usta i biedni rodzice uwierzyli dziecięciu, które z nieporównanym poświęceniem uśmiechało się do nich płacząc w sercu. Anna miała już tyle siły i tyle miłości, że potrafiła udawać i do śmierci rodziców nie pokazała smutku, który serce jej ściskał.
Naówczas poznała ona świat lepiej i, myśląc o nim w cichości, powiedziała sobie, że cierpienie jest przeznaczeniem człowieka na ziemi, że szczęście jest niepodobnym, a jeśli kiedy zaświeci, to chyba dlatego, żeby po nim czarniej się jeszcze świat wydał. Opuszczeni, sami jedni rodzice Anny nie narzekali na przyjaciół, nie cisnęli się do panów, którzy póty tylko żyli z nimi, póki byli bogaci; cierpieli także i milczeli. Nie przyszło im nawet na myśl, że Anna miała ciotkę bogatą, która by się jej losem zająć była powinna; całkiem inaczej obmyślali dla niej przyszłość i innych wyznaczyli jej opiekunów na przypadek swojej śmierci.
Lecz ciotka nudziła się sama jedna. Zasłyszała coś o nieszczęściu siostry, dowiedziała się o jej córce i zażądała ją mieć przy sobie obiecując wszystko, co miała, jej zostawić. Wielka to była radość w ubogim domku, gdy ze wszelką przyzwoitością napisany list pani Doroty doszedł rąk rodziców Anny; odżyli w dziecięciu i płacząc dziękowali Bogu. Tylko młoda dziewczyna nie dzieliła ich radości. Przywykła już cna była do nowego życia i nie chciała go odmieniać; nade wszystko nie chciała porzucać rodziców. Ukołysano ją jednak z łatwością, ona była tak łagodna! Matka odwiozła ją do Złotej Woli.