- Trudne! trudne! waćpanu by się chciało przyjść tylko, wziąć za rękę i poprowadzić do ołtarza. Tak być nie może, chcąc coś mieć, trzeba popracować, warta też pracy jeśli nie panna to posag. Majątek czysty, nie odłużony (wprawdzie gospodarstwo idzie Bóg wie po jakiemu, ale na to jest rada) mówię waćpanu, że wart przynajmniej czterykroć. Są podobno jeszcze kapitały, remanenta19 piękne, owce same...
- Co tam, panie sędzio, daj już pokój inwentarzowi. Ale ileż to potrzeba trudu, żeby tę ciocię niezdobytą nakłonić? I w jakiż to sposób brać się do tego: pochlebstwem, uniżonością nadskakiwaniem?
-Sposób łatwy - rzekł sędzia zażywając tabaki - gdybym nie był żonaty, poszedłbym w zakład, że tego bym dopiął. Oto naprzód trzeba poznać ciotkę, bo każdemu chcąc się podobać, poznać go wprzódy należy. Jest to osoba nadzwyczaj zimna, regularna, porządna, u której na języku co chwila przywoitość, a w sercu najmocniejsze do wszelkich cerem onij i staroświeckich obyczajów przywiązanie. Chcąc ją sobie pozyskać, oczywiście trzeba się jej okazać takim, jaką ona jest, trzeba chwalić, co ona lubi, ganić, czego nie cierpi, co chwila spoglądać na zegarek, szanować aż do śmieszności zwyczaje domu, oddawać wizyty ze wszelką ceremonią i przyzwoitością, oświadczyć się po staroświecku, prosić o pozwolenie konkurowania i pozyskania afektu panny: słowem, obszyć się w skórę cudzą i udawać swojego dziada.
Co się tyczy panny, dla tej dość być grzecznym; na nic by się nie zdało starać się o jej miłość, popsuć by to nawet mogło interes w oczach ciotki, a zresztą będzie na to czas i po ślubie jeśli koniecznie o to chodzi. Tym sposobem ręczę za dobry skutek. Ale jedna nieostrożność popsuć może wszystko. Waćpan panie Mateuszu, jużes źle dziś zaczął, starając się zawiązać rozmowę z panną; widziałem, jak to zdziwiło obiedwie; lepiej daleko było bawić się z pieskami. Co się tyczy piesków, o tych łaskę mocno się także starać potrzeba, można by im wozić cukier w kieszeni, a przynajmniej sucharki; za drugim, trzecim razem nie od rzeczy to będzie; pomyślimy.
- Prawdziwie, sędzio - rzekł śmiejąc się i ściskając go pan Mateusz - gdybym nie wiedział o twojej przyjaźni dla mnie: przekonać bym się o niej musiał, z tej doskonałej, jaką mi dajesz instrukcji. Będę się do niej jak najściślej stosował i czuję, jak mi być może pomocna. Znasz -dodał ciszej - mój sposób myślenia i widzenia rzeczy. Nie ja to będę się uganiał za głupimi wymysłami, które zowią miłością, uczuciami i tym podobnymi bredniami.
Te ideały dobre są dla ubogich, głupich, którzy jak ten nędzarz jedzą chleb, przy zapachu pieczeni, wmawiając sobie, że on jest od samej pieczeni lepszy; ja lubię w każdej rzeczy istotę, nie uczucie. Po kiego licha mi te uczucia; wszystkie kobiety są równe i głupcy tylko wierzą w serce. Ja kiedy się ożenię, to dla pieniędzy, dla interesu, a pewnie nie z przywiązania jakiegoś, w które nie wierzę, powtarzam. I od mojej też żony nie wymagam, tylko byle mnie cierpiała i była mi wierna; zresztą wiem dobrze, co to zowią miłością! Cha! cha!
Ale mój sędzio! Z tym wszystkim dlaczegoż tu dotąd nikt tej Anny ręki nie mógł pozyskać?
- A bo wszyscy głupi! chcieli pannę rozkochać! Pokazywali się tej cioci z nowomodną manierą, tracili się na wystawne konkury, a nie pomyśleli, że trzeba naprzód stróża przekupić, nim się co ukradnie; że każdego znowu inną monetą przekupować trzeba, Waćpan, panie Mateuszu, właśnie możesz najlepiej wskórać, kiedy się nie myślisz kochać i tak na zimno a rozważnie będziesz rzeczy traktował. .
- A jużciż! a jużciż! mówię i ci powtarzam, panie sędzio, że w tę uczucia nie wierzę, tak jak w post i jeszcze coś.
- Jesteś więc całkiem niedowiarek Boży?
- Cha! cha! - odrzekł Mateusz - człek bywał na świecie i poznał to wszystko z gruntu!
- Proszę aspana! i ty w nic nie wierzysz?
remanent (z łac.) - pozostałość w pieniądzach lub towarze; tu inwentarz martwy i żywy