intercyza (z łac.) - umowa przedślubna ustalająca stosunki majątkowe między przyszłymi małżonkami
- Rozumie się nie wprzód, aż do intercyzy przychodzić będzie. Stary filut mógłby ci figla wypłatać.
- To się rozumie, sędzio.
- A teraz, sza! cicho, ani słowa nikomu! Sąsiedzi i dawni konkurenci mogliby nam przeszkadzać przez samę zazdrość, im się zdaje, że kiedy oni poszli z kwitkiem, to i wszyscy har-buza dostaną. A wielka rzecz, że im się nie udało, kiedy każdy z nich miał na sercu, żeby przynajmniej jedno, jeśli nie więcej, głupstwo zrobić przeciw sobie! I tak: pan Alojzy rwał się jak szalony do panny, a ciotce się nawet nie pokłonił; pan Hieronim z Bałabanowiczem w kłótni śmiertelnej, pan Wincenty skaleczył psa faworyta przy pierwszej wizycie! I jakże im się udać miało?!
- To prawda, sędzio! A zatem cóż teraz dalej mam robić?
- Według wszelkich reguł i praw (o ile przypominam sobie) potrzeba, aby teraz stary jaki przyjaciel jechał do pani Doroty oświadczyć, że waszeć masz chęć starania się o jej siostrzenicę i prosił o pozwolenie bywania w domu. Tym samym przyjacielem będę ja; ale wprzód trzeba Bałabanowicza ująć.
- Jakże by to go do mnie zwabić?
- Ja ci go jutro przywiozę, czekaj nas z butelkami i nie wahaj się, gdy pochwali jakiego konia, darować; będzie ci się wymawiał, zaklinał, że nie weźmie, wzdragał, ale to są udania.
- Oczywiście, sędzio! Kto by tego nie znał!
- Jak tedy Bałabanowicz dobre słowo powie, pojadę ja, a jeśli (o czym nie wątpię) ciotka mi pozwoli cię przywieźć, naówczas formalnie cię w konkury zainstaluję. Potem w Imię Ojca i Syna! rób waszeć swoje interesa, a jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz..
- No, już wierz mi, sędzio, że potrafię dać sobie rady: znam ja kobiety!
- Pozwól sobie powiedzieć, że znasz tylko miejskie: wielka to różnica miejskich od naszych wieśniaczek, jak ogórka z inspektów od ogródka z grzędy! Miejskie są rozumniejsze, wolniejszych obyczajów...
- O! co się tyczy obyczajów, wszystko to pono jedna różnica, że jedne się kryją i wstydzą, drugie im więcej broją, tym wyżej głowę drą.
- Wcale nie! U nas cnota jest koniecznością, a za moich czasów po miastach była śmiesznością tylko. Wziąwszy tu żonę, będziesz miał głowę spokojną...
- Póki jej będę pilnował!
- Sama ci się ona upilnuje, bo się będzie bała o opinię...
- No! no! no! nie wierzę ja w to!
- Ale boś ty straszny niedowiarek, panie Mateuszu!
- Cha! cha! cha! filozof, powiedz, filozof! Któż to dziś w tym oświeconym wieku wierzy w te fatałaszki? Trzy grosze nie dadzą za uczucia, za cnoty itd. Były to podobno wielkie, słowa tylko, sędzio, którymi sobie ludzie w oczy rzucali jak piaskiem, żeby się lepiej na wzajemne swoje czynności zaślepić; dzisiaj człek wierzy w pieniądz tylko, śmieje się z uczuć, a zresztą postępuje ostrożnie i zawsze bacznie na swój interes.
Gdy tych słów domawiał pan Mateusz, powóz zajeżdżał w dziedziniec jego wioski i zakręcał przed mieszkalnym domem. Gdybyśmy jeszcze nie dali poznać pana Mateusza z jego sędzią rozmowy, łatwo by każdy domyślił się charakteru tego człowieka z powierzchowności mieszkania. Jest bowiem związek wielki między domem a człowiekiem, co go sobie urządził. Dwór pana Mateusza był porządnie ogrodzony, dziedziniec czysto utrzymany; kuchnia stała pod bokiem, aby potrawy daleko przenoszone nie stygły.
W najdrobniejszej rzeczy widać było zimnego, nielitościwego egoistę, który w całym świecie nic nad siebie nie widział. Dom świeżo zbudowany, porządny, ale dla oka niemiły, bo