BAŁABANOWICZ
Z południa następnego dnia przez Brzozówkę, wieś pana Mateusza sunęła się bryczka zaprzężona czterema końmi w szlejach. Na kozłach siedział woźnica w prostej świcie i poganiał z całych sił starając się wydobyć z jesiennego błota, którego wielkie zapasy wyziewające przeraźliwe wonie wśród wioski spoczywały. W bryce siedział znajomy nam pan sędzia i drugi jakiś jegomość, niechybnie pan Bałabanowicz.
Była to grubawa figurka, z twarzą czerwoną, nosem opoja, oczkami szarymi, usty sinymi, chytrym spojrzeniu, w peruce rudej na wierzchu głowy, spod której siwe wyglądały strzępki dokoła. Pan Bałabanowicz ubrany był, jak wszyscy skąpcy, w odzienie czyste, ale z kroju łatwo pokazujące, że dobry lat dziesiątek w kufrze leżało. Opierał się na starej lasce ze skórzanymi kutasy, złamanej i związanej sznurkiem bezwstydnie.
Milczący, kłaniający się, pokorny, pan Bałabanowicz, wszystko widział, postrzegał i zdawało się po jego szarych oczkach, że zawsze myślał tylko o zdradzie.
Stanęli przed gankiem. Wyszedł na spotkanie gospodarz, nastąpiło przywitanie i pan Bała-banowicz trzymając w ręku laskę skurczony, zbiedniony, kłaniający się wszedł do pokoju potknąwszy się na progu. Kipiał już samowar na stoliku, a służący robił poncz. Sędzia i pan Mateusz na migi pokazali sobie, że naprzód gościa spoić wypada. Gospodarz miał w tym nawet rachubę, bo czując potrzebnym darować mu konia, sądził, że gdy pijanemu konie swoje pokaże, Bałabanowicz może z pochwałami do mniej kosztownego się uczepi.
Zaczęła się żywa rozmowa, w której po większej części komisarz pani Doroty, brał tylko udział kiwaniem głowy i wykrzyknikiem:
- Samo z siebie, panie dobrodzieju! Było to jego przysłowie.
- A! szanownaż to osoba pani podkomorzyna - rzekł sędzia.
- Samo z siebie! - odpowiedział Bałabanowicz. Osoba pobożna, regularna, poczciwa!
- Cóż to za przykładne prowadzi życia, od czasu owdowienia!
- Samo z siebie! - rzekł znowu komisarz.
- Jak się ona poświęca wychowaniu swojej siostrzenicy! Pan Bałabanowicz na te słowa spojrzał wilczo na sędziego i poruszył się na krześle, jakby go co upiekło.
- Będzie też to doskonała żona, komu ją Bóg da! - dołożył sędzia.
Bałabanowicz, który już sobie podpił, zapomniawszy się uśmiechnął i kiwnął głową, jakby mówił: jestem w domu; potem zaczął się bawić rzemykiem swojej laski.
- Ja tu - ciągnął sędzia mrugając na pana Mateusza - zrobiłem, przyznam ci się, maleńki projekcik?
- Hm? Cóż to takiego? - spytał skąpiec popijając, jak gdyby się jeszcze nie domyślał.
- At! projekcik szwatostwa! Chciałbym pannę Annę wydać za pana Mateusza. Mnie się zdaje, że w tym by nic nie było dziwnego?
- Samo z siebie! - odpowiedział kłaniając się i śmiejąc podpiły.
- Pan Mateusz chłopiec młody, przystojny, b e n e n a t u s e t p o s s e s s i o n a t u s24, uczciwy, dobrze się prowadzący, dbający o fundusz! byłaby to dla panny Anny partia stosowna; nieprawdaż?
- Samo z siebie! samo z siebie!
bene natus et possessionatus (łac.) - dobrze urodzony i zamożny