- Ale i ja spałem - rzekł sędzia - tak nas ten pan Mateusz spoił tym morskim ponczem.
- Prawda, pozwoliliśmy sobie trochę nadto.
- No, nie ma nic złego w przyjacielskim domu! Co tam.
- Ale ja - pierwszy raz!
- O! zachciałeś uważać na to! Sam gospodarz to lubi! kiedy gości spoi, cieszy się tym i raduje, a gniewa się na tych, co pić nie lubią!
- Któż by to nie lubił! - szepnął Bałabanowicz prostując się i poprawując na sobie odzienie.
- Zapewne, mój łaskawco! Ale podobno, że już mają dawać wieczerzę. Trzeba wybić klin klinem, napijem się kminkówki! Jakie on ma wódki ten Mateusz, ot to dopiero zobaczysz!
- Czy nie będzie zanadto?
- A cóż tam znowu za skrupuły! Co było, a nie jest, to nie pisać w rejestr. Jużeśmy poncz przespali, teraz chodź no do wieczerzy.
I wziąwszy pod rękę starego, sędzia poprowadził go do jadalnej sali.
Tu już nakryto było do stołu i służący na tacy wnosił właśnie ze sześć flasz wódki do wyboru; gospodarz gatunkował wina przy drugim stoliku. Gdy weszli, szepnął coś prędko słudze i zawrócił się do nich prosząc na wódkę. Bałabanowicz wstydząc się swego snu robił minę
37
panny młodej nazajutrz po ślubie, jednakże, gdy go zapach goldwaseru zaleciał, napił się dużym kielichem i raźniejszy już siadł do stołu.
Kuchni Mateusza nikt zarzucić by nic nie potrafił: ten czciciel swego żołądka lubił jeść smaczne i wytwornie. Toteż Bałabanowicz przywykły do tłustej kuchni pani podkomorzyny od szafranu, piernikowego sosu i białych podlewek zajadał z całą żarłocznością skąpca, który radby się napchać na pół roku, gdy go to nic nie kosztuje, a podniebienie łechce. U siebie nieborak żył tym, co stara gospodyni uwarzyła dla czeladzi.
Dopiero przy trzeciej potrawie zaczęto rozmawiać; podjadłszy już dobrze. Słudzy raz wraz napełniali kieliszki, lecz uważniejszy od pana komisarza byłby postrzegł, że jemu inne, a gospodarzowi i sędziemu inne wino nalewano. Pan Bałabanowicz jednak wcale tego manewru nie uważał i pełen strachu, żeby się znów nie upić, ile razy ujrzał kieliszek przed sobą, nie potrafił się oprzeć nagabaniu do wypróżnienia go. Z początku kosztował, kosztował, potem jednym łykiem kończył. Natychmiast sługa przystępował i nalewał nowy, od którego broniąc się i wymawiając stary, w końcu pozwalał napełnić z warunkiem, że to miał być ostatni: tych ostatnich było kilkanaście.
Przy stole wszczęła się znowu rozmowa o koniach, a pan Mateusz skorzystał z niej zalecając Bałabanowiczowi, aby się kazał uważnie obchodzić z darowanym koniem, gdyż był delikatnej natury. Tym sposobem zręcznie uprzedził go, żeby kalectwa, jakie się znajdą, nie jemu, lecz złemu obchodzeniu się przypisał.
Po czym znowu sędzia zaczął o domu pani podkomorzyny, o pannie Annie, o projektach swatowstwa. Bałabanowicz uśmiechał się, jadł, pił i niekiedy z pełną gębą jadła odzywał się ze swoim:
- Samo z siebie!
- Jakże ci się zdaje - spytał go sędzia - czy to się nam uda?
- A jakże! niezawodnie! - zawołał upijając się do reszty stary - ja w tym, że to się uda!
- Zdrowie pana Bałabanowicza!
- Zdrowie przyszłych małżonków! - rzekł podnosząc się a chwiejąc komisarz.
- Szampańskiego! - krzyknął gospodarz.
I wnet strzelił korek, zabielał szampan w długich kieliszkach, powtórzono zdrowia wszyst-
38
kich; pozwolono sobie nawet nieprzytomnej pani podkomorzyny i panny Anny zdrowie
goldwaser (z niem.) - złota woda; znana wódka gdańska nieprzytomny - tu: nieobecny