wypić, przeciw czemu rumiany znowu i ledwie bełkoczący Bałabanowicz ani się myślał protestować. Około północy jeszcze na podkurek wypiwszy ponczu poszli wszyscy, a raczej zawlekli się do łóżek; Bałabanowicz był cały siny jak nos indyka, kiedy się pogniewa i napuszy.
V
KONKURY, POLOWANIE NA BAŁABANOWICZA
Takim sposobem sędzia z panem Mateuszem obmyśliwszy Wszystko, zapewniwszy sobie pomoc Bałabanowicza, który nie Omieszkał wychwalić i pod niebiosa wynieść konkurenta, pokazawszy mu stan majątku fałszywie, ale do okoliczności stosownie, zabierali się ostatecznie już kończyć. Całe sąsiedztwo nic o tym jeszcze nie wiedziało, wszyscy spokojni siedzieli i ani się nikt nawet tego knowania nie domyślał. Sędzia zaraz w dni kilka stawił się w Złotej Woli i, zastawszy w różowym humorze panią podkomorzynę, oświadczył jej od pana Mateusza prośbę, aby raczyła dać swój k o n s e n s 9 jego odwiedzinom w celu pozyskania afektu jm.panny Anny. Najpomyślniejszą otrzymał odpowiedź, którą już uprzedzona przez Bałabanowicza nagotowała była pani Dorota. Jej najbardziej pochlebiały te grzeczności i te ceremonie, które przypominały młodość i pana podkomorzego.
Całkiem fałszywe mając wyobrażenie o panu Mateuszu cieszyła się, że tak zacny i majętny kawaler starał się o jej siostrzenicę. Co się tyczy Anny, ta ledwie się domyślać mogła, o co chodzi, stąd, że jej ciotka kazała się staranniej ubierać i w pokoju dosiadywać przy gościu. Przeczuwała jednak wszystko nie wiedząc o niczym i modliła się po cichu, aby od niej Bóg odwrócił tego jak innych. Nie wiedząc bowiem czemu, czuła ku panu Mateuszowi ten wstręt instynktowny jakiś, który zawsze zwiastuje, że się człowieka strzec potrzeba; nie darmo dała nam to uczucie natura; jest to przestroga jej, często lekceważona, a bardzo jednak ważna!
Pan Mateusz jak kot przy kominie pochował swoje pazurki i pokazywał się w Złotej Woli takim, jakim się mógł i powinien był podobać. Z największą bacznością pilnował godzin, zaglądał do zegarka, pieścił psy, ustawiał krzesełka na miejscu, westchnieniem mówił o dawnych czasach, wychwalał dawne napomniane zwyczaje.
Słuchała go z radością pani Dorota, a gdy jeszcze począł ją wypytywać o nieboszczyka podkomorzego, o zdrowie piesków i chwalić Bałabanowicza jako wzór wierności i pracowitości wznosił ją do siódmego nieba. Łatwo pojąć, że tym sposobem pan Mateusz wkradł się prędko w łaski pani Doroty głębiej, niżeli ktokolwiekbądż inny. Sam on pewny już był wygranej, lecz dla oka i starodawnych zwyczajów przedłużał konkury, za co zresztą ciocia wdzięczną mu była.
Z Anną był grzecznym, ale zimnym Mateusz, nie cisnął się do niej, wobec tylko ciotki czasem ją zagadnął z daleka. Zawsze poważny, pełen uszanowania nie okazywał żadnej miłości i po starodawnemu, jak się to u rodziców starano o pannę, tak on konkurował o nią u ciotki. Biedna dziewczyna przestraszona nie pojmowała tego, jak będzie mogła zostać żoną takiego człowieka. Znała go ona od razu; postępowanie Mateusza w oczach Anny dało miarę obłudy, na jaką mógł się zdobyć.
Widziała, że nie o nią, nie o jej przywiązanie, serce, osobę, lecz o posag jej starał się. W głowie jej się wywracało i nieraz łzy gorącymi zlewała w nocy poduszki myśląc, jakiemu ją człowiekowi oddadzą. Im dłużej bowiem konkurował Mateusz, tym bardziej przekonywała
konsens (z łac.) - zgoda