- Już kiedy ci pan Bałabanowicz ręczy - rzekł sędzia - to wyślij tylko mnie z oświadczeniem, potem sam plackiem do nóg; będą zaręczyny, a. dalej, dalej po Nowym Roku - wesele.
- O! jakżebym był szczęśliwy! - krzyknął Mateusz - ja, co tyle mam szacunku dla tego domu, a mianowicie dla samej podkomorzyny, kobiety tak szanownej, tak - zresztą zjadł mrucząc - godnej, tak...
- A przy tym tak bogatej - dodał sędzia żartobliwie, chcąc rozmowę pokierować na majątek. Bałabanowicz usłyszawszy te słowa, jakby go febra porwała, rzucił kieliszek i pierwszy raz przyszła mu myśl, że mąż siostrzenicy może go zdetronizować i wyzuć z zarządu majątku. Była chwila, w której po niewczasie zaląkł się i pożałował udzielanej przez siebie pomocy; potrafił jednak być do tyla panem siebie, że się w kształcie uśmiechu wymówił.
- A - tak - bogatej - dodał cicho po chwilce. Sędzia i pan Mateusz po sobie spojrzeli.
- Mnie o to najmniej chodzi - rzekł obojętnie konkurent - wszakże wiesz, sędzio, że chociaż nie tracę majątku, rządzić nim nie lubię i kłopotów, jakie idą za interesami nie cierpię. Gdyby nie to, że czując prawdziwy szacunek ku pannie Annie, postanowiłem starać się o nią, dawno bym prosił pana Bałabanowicza, żeby moje interesa przyjął na siebie, a sam bym wyjechał.
Stary lis spojrzał w oczy mówiącemu, jakby usiłował z nich wyczytać, czy prawdę szczerą mówi; ale Mateusz tak doskonale grał rolę obojętnego, że go oszukał.
- Toż samo - mówił dalej gospodarz - gdybym miał co po żonie, pewnie bym jakiemu uczciwemu człowiekowi oddał w zarząd.
Czyż to być może - pomyślał w duchu Bałabanowicz - żeby on mnie miał za uczciwego! Osobliwsza rzecz pokazuje się, że to głupi człowiek: Tymci lepiej. Odchrząknął pomyślawszy to i spojrzał śmielej. A sędzia podchwycił:
- Jużciż pewnie pani podkomorzyna da co po siostrzenicy?
- A - a - jąkając się Bałabanowicz wybąknął - coś da! Samo z siebie, że coś da...
- Na przykład? - rzekł sędzia.
Komisarz obejrzał się bojąc się, czy go nie chcą złapać, ale się upewnił, gdy pan Mateusz, wcale niby nie uważając, o czym była mowa, przerwał.
- Nalewajcie wina!
- Na przykład? - powtórzył sędzia.
- Ja tego nie wiem -rzekł Bałabanowicz - lecz myślę. że - tu się zaciął, a sędzia zaraz powtórzył łapiąc go.
- Wpan myślisz, że...
- Ja myślę, że nic nie wiem - szepnął Bałabanowicz - bawiąc się kieliszkiem. - Jednakże...
- Jednakże co?
- Pani podkomorzyna może teraz dać jaki kapitał.
- A! mnie się to nie zdaje! - zawołał sędzia - nie lepiejże dla niej wypuścić jaki folwark: na przykład Dorotynki?
- Te - te - te - bąkał Bałabanowicz - ja tego nie wiem. Sędzia z panem Mateuszem po-strzegli bojaźń Bałabanowicza, a zręczny konkurent, zaraz pochwycił.
- E! co tam da, to da! Tu się uważa honor połączenia z tak szanownym domem! A zresztą, jeśli mi puści folwark jaki, wcześnie sobie pana upraszam za komisarza pełnomocnego; a jeśli zechcesz wziąć w posesję, gotów jestem choćby dziś kontrakt podpisać!
- Cóż to za głupi człowiek, wszak on mi wierzy! - myślał Bałabanowicz, ale uśmiechając się ukłonił i rzekł:
- Pewnie puści jaki folwark.
Mateusz trącił łokciem w bok sędziego i mrugnął na niego.
- Jakeś łaskaw panie - mówił konkurent - dajże mi słowo, że mi nie odmówisz! słowo honoru?