Tak nastroiwszy wszystko i udarowawszy jeszcze jakimś koniem Bałabanowicza późno w nocy rozjechali się spiskowi.
Stary lis nie chciał żadnym sposobem nocować i wymawiał się jakimś w okolicy jarmarkiem; uwierzono temu, znając go za największego szachraja na konie, bez którego żaden się najlichszy jarmark nie odbył.
Lecz zaledwie Bałabanowicz był za bramą, uwinął się w wilczurę wytartą i spojrzawszy na oświecony dwór pana Mateusza tak z sobą rozmawiał:
- Albom ja głupi, albo on; albo on mnie oszuka, albo ja jego. Czy to być może, żeby on mnie miał za uczciwego człowieka? Czy nie drwił on sobie ze mnie. Ale nie! Oni chcieli ze mnie wyrozumieć, co podkomorzyna da po siostrzenicy, jam się im tego wywinął i nic nie powiedziałem. Trzeba jechać do podkomorzyny i oznajmić jej o wszystkim. Niechaj ona nie wyzuwa się z majątku, kto wie, czy pan Mateusz zrobi komisarzem, czy nie? a ja może...
I tu nie śmiał nawet sam sobie głośno swoich zuchwałych myśli powierzyć.
- Niech podkomorzyna da panience pięćdziesiąt tysięcy złotych, to i to dosyć tymczasem, a zresztą głuchą, ustną obietnicę zapisu, bez wyrażenia jej w intercyzie. Kto wie? kto wie?
Dumał sobie znów coś niewyrozumiale pan Bałabanowicz poprawując peruki.
VI
PRZYGOTOWANIA
Na zegarze w sieniach domu Złotowskiego biła jedenasta ranna, gdy z ganku wszedł powoli opierając się na lasce i poprawiając peruki Bałabanowicz. Twarz jego po wczorajszej wieczerzy nosiła ślady przepicia; miał sińce pod oczyma, a tam, gdzie czerwony trąd nie pokrywał policzków, żółta wyglądała bladość. Z wzrokiem wlepionym w ziemię, powolnie, cicho szedł ku tak zwanemu pałacowi i zamyślony głęboko kwadrans ocierał nogi na słomian-ce, potem spojrzał na zegar i powoli otworzył drzwi do sali. Na palcach po płótnie przeszedł ją i z cicha skradał się do pokoju pani. Chrząknął wreszcie.
- Kto tam? - ozwała się pani Dorota...
- Bałabanowicz.
- Proszę waćpana.
Otworzył i wszedł pan komisarz, a naprzód przywitawszy panią obejrzał się i uspokoił, gdy ujrzał, że Anny nie było w pokoju.
- Cóż tam słychać? - zapytała podkomorzyna zdejmując z nosa okulary i chowając je do futerała, odsuwając karty, otwierając tabakierkę i częstując go tabaką, którą on z przyzwoitym uszanowaniem wziąwszy, zażył, kichnął i ukłonił się, a potem wyprostowawszy, odpowiedział zwyczajem dawnym:
- Nic dobrego, pani.
- Przecież, co tam robisz?
- Kazałem młócić po folwarkach, ale zboże nadzwyczaj nie umłótne.
- Tak to u nas zawsze - odpowiedziała podkomorzyna - dawniej jeszcze nimeś waćpan przybył tu, choć nie uregulowane były majątki, ale intratniejsze!
- Lepsze bo to były czasy! - rzekł komisarz silniej poprawując peruki i zaraz dołożył:
- Byłem wczoraj z sędzią u naszego konkurenta.
- No! no! i cóż tam?
- Zamyślają tu zjechać w niedzielę i oświadczyć się.