- A niech pani z nimi w pisma nie wdaje się żadne, kto to wie; jeszcze by podejść mogli; to się zdarzało. Ale jeśli co dadzą do podpisania, to pani weźmie niby do rozpatrzenia i wprzódy mnie zakomunikuje.
- Masz rację, bardzo ci dziękuję, Bałabanosiu, a nie odjeżdżaj proszę w niedzielę, żebyś był na podręczu, gdybym cię potrzebowała. Podobno to już południe? hę?
- Właśnie bije dwunasta.
- Czemuż to nie dają obiadu? - I tu zadzwoniła pani Dorota; wpadła Aniela służąca rozczochrana i przestraszona.
- Czemu nie dają obiadu? Gdzie panna Anna? pewnie już do swego ogródka zaczyna chodzić? Toć to jeszcze nie wiosna! Posłać po nią! A gdzie pieski? Żolka pewnie gryzie w sali nogi od stolika. Panie Bałabanowicz, musiałeś ją wypuścić nieuważnie...
- Nie, pani, dalibóg nie!
- Gdzież Żolka? hej, poszukajcie Lamurka! A dawajcie do stołu!
Tu się dał słyszeć dzwonek na dziedzińcu zwołujący wszystkich ludzi na obiady; Jan otworzył drzwi i rzekł:
- Do stołu dano.
- Proszę waćpana, panie Bałabanowicz.
Po czym mierzonym krokiem podkomorzyna, uwiesiwszy kluczyki u pasa, poszła wiodąc za sobą Bałabanowicza do sali jadalnej, położonej przez sień z drugiej strony domu i ozdobionej starymi obrazami familijnymi, kredensem, to jest ogromną starą szafą za szkłem, wielką ilością krzeseł trzciną wyplatanych i biało-olejno malowanych. Drzwi do połowy zamurowane z boku, służyły starym zwyczajem do podawania potraw z kuchni przynoszonych, jak to dziś jeszcze w refektarzach42 klasztornych widzieć można.
Już zasiedli do stołu, gdy Anna wywołana z ogródka weszła do sali cała zadyszana, zarumieniona i spodziewająca się już niechybnej burzy.
- A waćpanna - odezwała się pani Dorota - nigdy się nie możesz do porządku przyzwyczaić. Jak to można zapomnieć o dwunastej i obiedzie. Zawsze potrzeba posyłać za tobą, szukać, to dla panny wcale niepięknie. Gdzieżeś waćpanna była? - W ogrodzie.
- Cóż teraz można robić w ogrodzie, jeszcze ziemia nie rozpuściła zupełnie. At! byleby tylko latać i swawolić.
Podany rosół dalszy ciąg uwag zatrzymał.
Po obiedzie pan Bałabanowicz pożegnał panią, która wedle .zwyczaju pół godziny sypiała, a Anna przez ten czas obowiązana była utrzymywać policją43. nad psami, aby snu jej nie przerywały. Zaledwie przebudziła się podkomorzyna, zegar drugą wybił; jak gdyby coś sobie przypomniała, zaczęła niespokojnie się oglądać, zażyła tabaki, utarła nosa, zawołała psy i raz wraz spozierając na Annę zdawała się chcieć zawiązać rozmowę.
Anna nie widząc tego rozmyślała po cichu płacząc i łzy swoje kryjąc starannie.
- Chodź no waćpanna tu! - Taki był początek przemowy, na której głos zadrżała dziewczyna domyślając się czegoś nadzwyczajnego i niepomyślnego.
- Waćpanna wiesz - rzekła po cichu podkomorzyna - że się o nią stara pan Mateusz?
- Ja tego nie wiem - odpowiedziała cicho Anna.
- Jak to?
- Nikt mi o tym nie mówił.
- Aleś to widzieć mogła.
- Nie uważałam, aby dla mnie szczególniejszą okazywał grzeczność.
- A, bo to się mnie należy - rzekła podkomorzyna. - Jakże się on aspannie podoba?
- On się mnie wcale nie podoba.
refektarz (z łac.) - sala jadalna
policja (z łac.) - tu użyte w znaczeniu staropol.: porządek