dalszy ciąg życia, określił obowiązki i rozwinął niejako przed nią całą perspektywę nieszczęścia i udręczeń.
Anna nic nie miała, co by właściwie do niej należało, w domu woli, nawet w najmniejszej rzeczy. Jest to własnością egoistów, że rozwijając swoją wolę na jak najobszerniejszą skalę nie cierpią manifestacji jej w drugich z nimi żyjących. Anna nie mogła włożyć sukni, nie mogła wynijść z domu, nie mogła płakać nawet bez zezwolenia i sankcji pana Mateusza. Nielito-ściwy samolub mieszał się we wszystko, wtrącał się w każdą rzecz. Jeśli jechali w odwiedziny, dyktował jej strój, nakazywał minę, uczył ją co mówić miała, kształtował ją całkiem na swoje wyobrażenia.
Tak, oprócz wszystkiego, Anna jeszcze cierpieć musiała na tym, że się nawet taką, jaką była w istocie, okazać nie mogła. Nie podobna jest opisać szczegółów tego wymyślnego męczeństwa.
Los każdego sługi znośniejszym był od jej losu, bo w życiu z takim człowiekiem cierpienie rosło w stosunku zbliżenia, a nikt nie był ciągle bliższym poczwary nad nią.
Anna wychowana religijnie, przywykła do delikatnego obchodzenia się, do zachowywania pewnych reguł przyzwoitości, nic znała nigdy całej szkarady, na jaką się wyuzdany zdobyć może człowiek; świat nie pokazał jej się nigdy w czarnej swej sukni, krwią i łzami zbroczonej, opiły, chwiejący się, bezwstydny; mąż zaś usiłował zabić w niej wszelki wstyd, wszystkie złudzenia, wszelką wiarę w cnotę starając się pokazać, że ludzie są zawsze interesowani59, że wszyscy są tacy jak on.
Nie zważając na to, że ją tym kaleczył najdotkliwiej na wszystkich nadziejach, obnażał przed nią złą stronę świata, najgorszą stronę swoję i otaczających ludzi, pokazywał jej egoizm we wszystkich czynnościach, obłudę co krok, pracował nad jej zepsuciem gorliwiej, niż inni nad ukształceniem pracują. W tych szyderskich jego uwagach, których ona zmuszona była słuchać, wyprowadzał po jednemu wszystkie wiary poetyczne, niewinne, dziecięce, oglądał je z urąganiem, rozbierał, analizował, podstawiał pod nie kontrasta i niszczył urok najsłodszy życia dowodząc, że złe jest prawdą, a cnota - fałszem.
Kiedy się ona ze łzami oburzała, on z uśmiechem nastawał nasycając się jej niewinnością walczącą z ziarnem złego rzuconym w czystą jej duszę. Tym sposobem nagle przedstawił jej Mateusz odwrotną stronę znajomego świata, czarną, plugawą, paskudną, jak on sam był; kazał jej wierzyć, że czysta i piękna strona życia istnieje tylko w wyobraźni i jest ułudną; lecz mimo swoich usiłowań, nie potrafił on wszczepić w nią wiary w zło i swojego piekielnego egoizmu. Poznawszy z jego nauk czarną stronę Anna wierzyła w białą i za sen, za omamienie brała plugawą rzeczywistość, którą on jej tak starannie dowodził.
Trudno powiedzieć, co miał w tym za cel mąż; był on spokojny o żonę i pewny jej cnoty, może więc dlatego, że swoim instynktem męczenia chciał ją tylko udręczać zabijając w niej najsłodsze pociechy znajdowane w wierze i nadziei. Nie rachował wcale, jakie skutki wyniknąć by mogły z zepsucia jej, a w swojej nieubłaganej woli na wszelki przypadek miał ratunek, który zepsuciu nawet siły by nie dał objawić się uczynkami.
W pierwszych chwilach nic nie zrówna podziwieniu i zgrozie, jakie przejęły Annę, gdy się jej przyszłość, straszniejsza nad wszelkie okazała pojęcia. Jakkolwiek życie w Złotej Woli było przejściem osłabiającym wrażenie dawnych pieszczot rodzicielskich, jakkolwiek ciocia przygotowała ją do nieczułości, do uległości i posłuszeństwa bez miary, pan Mateusz ze swoim cynizmem bezwstydnym zdał się z początku czymś tak dziwnym, że czasem sądziła w prostocie ducha, że to wszystko tylko się jej śniło.
Ciotka acz sroga, acz w domu nie cierpiąca drugiej woli, nie pojmująca uczuć innych, prócz uczucia boleści żołądka i gniewu (amplifikacja)60, była jeszcze i czułą, i najczulszą przy
interesowani - tu: interesowni
amplifikacja - rozszerzenie - tu: wyolbrzymienie faktów