panu Mateuszu, który z profesji w nic nie wierzył, czego nie mógł dotknąć, namacać i sam nie doświadczył.
I znowu jest egoistów przymiotem, że cały świat sądzą tak zbudowanym, tak uorganizo-wanym, jak oni sami; nie przypuszczają innego człowieka, tylko na obraz i podobieństwo swoje; ale to mają wspólne z głupcami pewnego rodzaju.
Tak na przykład pan Mateusz nie pojmował w żonie nabożeństwa i zwał je udawaniem, tak nie wierzył w litość i łzy, które miał za wymuszone, tak całkiem nie pojmował uczucia wstydu i możności poświęceń i wielu innych pięknych i potrzebnych uczuć. Nielitościwie wojując o to z żoną prześladował ją co chwila o pobożne westchnienie, o wstydliwy rumieniec, o grosz jałmużny itp. Najpospolitszym jego orężem było dotkliwe szyderstwo, którym instynk-towie 1 umiał tak kierować, że zawsze najboleśniej ranił.
Jak w Złotej Woli, tak tu Anna nie mogła nawet mieć przyjaciółki: tam oddalały od niej nudne ceremoniały domu - tu znajome sąsiedztwu zepsucie i bezwstyd pana Mateusza. Bywał on wprawdzie wszędzie i wszyscy bywali u niego, ale ściślejszych stosunków nie miał z żadnym domem: kończyło się na zimnych raz w roku odwiedzinach. Mężczyźni zaś, którzy bywali u pana Mateusza zwyczajne jego towarzystwo składali, byli to ludzie jak on zepsuci lub mający ochotę dopsuć się w obcowaniu z nim.
Dla tych nie miał on żony i zabraniał im pokazywać się Annie. Dzięki tej ostrożności miała ona przynajmniej wolną chwilę wówczas, kiedy oni męża jej zajmowali. Usuwała się gdzieś daleko, żeby śmiechów i rozmowy ich nie słyszeć, brała książkę, jeśli jaką znalazła, czytała lub myślała. Nieszczęśliwi dręczą się myślami, lecz lubią myśleć i zastanawiać się. Szczęśliwi nie mają na to czasu.
Na tyle nowych a całkiem nieznajomych cierpień przybyła jedna tylko nowa pociecha biednej Annie. Mąż jej pojmując użyteczność talentów, a raczej potrzebę ich dla popisu przed ludźmi, dozwolił jej przypomnieć to, czego się dawniej uczyła, a wpół zapomniała w Złotej Woli. Sprawił jej fortepian i nakupił rysunków, rozumie się z warunkiem, żeby talentami swymi popisywała się przy gościach, nie dlatego bynajmniej, żeby nimi osłodzić jej życie.
Wszakże powrót do tych zatrudnień przypominających jej lata słodkie, dziecinne, a samych z siebie tak uprzyjemniających życie wielce je Annie osładzał. Mąż nie pojmował sztuki, nie umiał czuć muzyki, nie miał on na to zmysłu, który jest udziałem innej klasy ludzi, naśmiewał się równo z sentymentalnej muzyki i uczonej, ze śpiewów i koncertów, rozumiał jedne tylko pieśni pijackie, ale pozwalał grać żonie (byleby mu do snu nie przeszkadzała), a i to było dla niej dobrodziejstwem.
W domu Mateusza nie było już tego posłuszeństwa godzinom; tu godziny i ludzie słuchali woli pana, nieznośniejszej jeszcze, bo kapryśnej, niestałej i nigdy nie zaspokojonej. Życie w Brzozówce było wszystkim nieustanną tylko posługą, oczekiwaniem objawienia nowej żądzy ze strony pana. Anna, mówiliśmy już, była tylko pierwszą sługą, i odpowiedzialną za wszystkich, W początkach wszystkie te męczarnie stopniowo na nią spadające, któreśmy opisali wyżej, wprowadziły ją w okropne rozdrażnienie, niespokojność i obłąkanie prawie; lecz, gdy po dłuższym pobycie z mężem obawa jej zmieniła się w pogardę, mniej już cierpiała i przewidywała możność zniesienia takiej doli.
Sędzia, ten przyjaciel Mateusza, który tak pracował, aby go ożenić, wkrótce zgłębiwszy charakter jego usunął się ostrożnie. Nie pojmując wdzięczności pan Mateusz, który go już nie potrzebował, całkiem zapomniał o nim; natomiast przywiązał się do Bałabanowicza spodziewając się przez niego wyrobić u pani Doroty puszczenie jakiego majątku. Pan komisarz zawsze równie chciwy trunku dał się poić, dał sobie pochlebiać, obiecywał coś nawet, lecz w skutku nic nie robił. Pokorny, układny, kłaniający się, na pozór niedaleko widzący dawał się złowić, a potem jak piskorz się wymykał. Pan Mateusz nie mógł mu wymawiać, bo nie wcho-
instynktowie - instynktownie