mowała, żeby co przeciw niemu uczynić było można i nie śmiała zgodzić się na przedstawienie pana Mateusza, który drżał z niespokojności.
- Ale to ci się zdaje, to być nie może! on tak jest ostrożny! - odpowiedziała.
- Ja zaręczam, że tak będzie - odpowiedział szybko pan Mateusz. Gdzie jest klucz od jego pokoju? - Ciocia dająca się powodować łatwo, odurzona tonem pana Mateusza rozkazującym i przekonywającym odpowiedziała:
- On go zawsze nosi przy sobie.
- A nie ma drugiego podobnego?
- Ten może przyjdzie74 - rzekła cicho skazując75 na drzwi. Pan Mateusz, który rad był co najprędzej wszystko ukończyć i lękał się przypadkowego powrotu Bałabanowicza pochwycił klucz z zamka i szybkim krokiem pobiegł do jego pokoju nie zważając, z jakim podziwieniem wszyscy ludzie na niego patrzali.
Klucz otworzył - i pan Mateusz wpadł do przybytku starego skąpca, w którym on jeden tylko gospodarował i nikogo więcej nie puszczał. Była to najosobliwsza graciarnia. W kącie stało brudne, nie posłane łóżko, spod którego wyglądały butelki wypróżnione i pełne, na ścianach wisiała uprzęż stara i parę strzelb popsutych. Podłoga zawalona była gratami bez nazwiska i kształtu, kilka kufrów pełnych tam i sam stało, a na nich leżały jeszcze części odzienia, skóry i żelastwo. Różnego rodzaju obuwie walało się po kątach i izbie: buty, pantofle, trzewiki, kalosze.
Na oknach były flaszki z lekarstwami dla koni, maście, słoiki ze szrutem76 i prochem, sznypry77 i podkowy połamane. W głowach łóżka stał kantorek, którego szukał pan Mateusz i ku któremu chciwie poskoczył. Z siłą, jakiej dodaje wola, oderwał od razu stare próchniałe wieko, sięgnął do szufladki i pakował papiery w kieszeni, a pakiet starannie w chustkę od nosa owinięty włożył na piersi, potem zatrzasnął biurko, zamknął pokój i pośpieszył do eks-podkomorzyny, która go w największej niespokojności oczekiwała.
- Teraz - rzekł wchodząc - zapisy są w moim ręku, każę zaprzęgać i pojedziem. - Zawołał na sługę.
- Cztery konie do karety w ten moment! Sługa się wahał.
- Słyszysz! w ten moment - krzyknął pan Mateusz - inaczej nauczę posłuszeństwa!
- Ale jakże ja mogę wyjechać? - rzekła drżąc ciotka - to być nie może!
- Chceszże ciocia męczyć się z nim i spokojnej nawet nie mieć starości, dlatego że ten be-zecny człowiek uwiódł ją, podszedł i zdradził, dlatego że jesteś jego żoną? Maszże go szanować i być mu za to wdzięczną? Ja jestem w sprawie i obowiązku oswobodzenia jej!
Tak mówiąc wyglądał niespokojnie oknem, czy powóz nie zachodził, a ciotka ubierała się posłuszna w drogę nie mając siły, do oparcia się.
Nareszcie zaturkotała kareta, a pan Mateusz podał jej rękę.
- Radzę zabrać pieniądze, obligi i precjoza - rzekł - zda się to na proces, a ten bezecnik przez zemstę mógłby papiery poniszczyć, a resztę przywłaszczyć.
- Ja nic nie mam - odpowiedziała ciotka...
- Jedźmyż! - rzekł pan Mateusz. Wyprowadził ją w ganek, podał rękę do karety i siadłszy już wychylił głowę do ludzi. którzy się ciekawie zebrali byli na ganku.
ten może przyjdzie - też może będzie się nadawał skazując - tu: wskazując szrut - śrut
sznyper - puszczadło, narzędzie do puszczania krwi
oblig (z włosk.) - skrypt dłużny, przyznanie należności na piśmie
precjoza (z łac.) - kosztowności