- Przyjechał i zabrał panią.
- W Imię Ojca i Syna. To być nie może, tyś pijany, hultaju!
- Znowu się zapominasz - rzekł Jan - daj pokój i nie udawaj pana. Każ sobie konie zaprzęgać i ruszaj stąd!
- Ja, stąd?
- Taki jest rozkaz pani!
- Pani to śmiała powiedzieć? To kłamstwo, to intrygi pana Mateusza, ale ja go nauczę. Pani by mogła dać taki rozkaz?!
- A kiedy ty mogłeś panią po pijanemu łajać, kiedy ty mogłeś ją wypychać i odgrażać się
80
bić, mogła cię ona stąd wypędzić. Kwita z byka za indyka ! - rzekł Jan.
- Ale to mój majątek! to wszystko moje!
- Fiu! fiu! jakiś mi bogaty! Kłaniam się jaśnie wielmożnemu panu! A nie można by wiedzieć, czy to kupione, czy darowane?
Pan Bałabanowicz nic już nie słuchając darł się przez sługi do swego pokoju, puścili go wprawdzie, ale Jan z tabakierką szedł za nim poważnie i kiwał głową.
- Chodźcie za mną, chłopcy - rzekł na innych. Wszyscy słudzy potoczyli się za Janem.
Eks-plenipontent dopadł drżąc z gniewu, podziwienia i strachu drzwi swojego pokoju, otworzył je i pędem pobiegł do biurka; zobaczył je odbite, papiery zabrane; załamawszy ręce upadł na łóżko.
Jan, który tego wszystkiego był świadkiem, poważnie odezwał się:
- A cóż, Bałabanosiu, nieprawdaż, że jest ktoś mądrzejszy od ciebie?
Bałabanowicz jak zbity milczał. Jeszcze raz zerwał się, szukał po szufladach i znowu zgrzytnął zębami ze złości.
- No, widzisz, że nie masz tu co robić - mówił mu Jan - ruszaj sobie z Bogiem. Adieu! Pisuj do mnie na Berdyczów!
To mówiąc wyprowadzał eks-plenipotenta, który bezprzytomny wychodził z izby, a na progu jakby sobie coś przypomniał, raz jeszcze cofnął się i zaczął czegoś szukać w łóżku.
Jan wszystko to uważał i chwycił go za rękę, gdy chował do kieszeni woreczek spory pieniędzy.
- To moje! to moje! - wrzasnął przeraźliwie Bałabanowicz pasując się z nim - to moje!
- Nic tu nie ma twojego, stary złodzieju - rzekł Jan, zapalając się; - trzech groszy nie ma twoich!
- Na miłość Boga! to moje! - krzyczał, jakby go ze skóry Odzierano, skąpiec oboma rękami chwytając się woreczka.
- Złamanego szeląga stąd nie wyniesiesz - odpowiedział Jan spokojnie z pomocą sług wyrywając się mu. - Jedź, jak stoisz, i to jeszcze łaska, że ci konie dam, bobyś powinien boso, o kiju, jak przyszedłeś, powędrować! To mówiąc rzucił woreczek w biurko, wypchnął Bałabanowicza, drzwi zamknął, klucz do kieszeni schował i dał znak sługom, żeby go ku gankowi skierowali.
Mimo woli zgrzytając zębami ze złości wypędzony Bałabanowicz pobiegł do stajni, siadł na bryczkę i wkrótce Jan zażywając tabakę w ganku ujrzał go znowu w lipowej ulicy.
- Jedź z Bogiem, a nie wracaj! - mówił - krzyżyk ci na drogę, Bałabanosiu!
A słudzy radzi zemście śmieli się do rozpuku. Napuszony stary Jan powydawał surowe rozkazy, nakręcił zegar w sieniach i poszedł zamknąwszy pokoje, rozstawiwszy wartowników na gawędkę do kuchni, jak zwykł był czynić za spokojnych czasów od lat dwudziestu. Wkrótce tak było cicho w Złotowolskim dworze jak niegdyś za pani podkomorzyny i wszyscy weszli w dawne karby.
Kwita z byka za indyka! (przysł. starop.) - koniec z korzystną zamianą