oburzeniem roił tysiąc dziwnych sposobów oswobodzenia jej. Tak upływały miesiące niebyt-ności męża dla Anny; dodajmy, że mimo wszystkich pozorów miłości biednej kobiety, była czysta; nigdy ją nie pokalał nawet swawolny pocałunek. Ona nadto zrażona była cynizmem męża, żeby do swojej nowej miłości przypuściła choć jedno mniej szlachetne, cielesne jej objawienie, z którym by się łączyło przypomnienie Mateusza. Była to więc jedna z tych namiętności platonicznych91, z których się śmieją, w które tylko młodzi zapaleńcy wierzą, póki świat ich nie rozbestwi i nie popsuje.
Ordęga przy swojej miłości miał tyle uszanowania dla Anny, że nad pocałowaniem jej ręki nie śmiał się wyższego od niej domagać szczęścia. Jej cierpienia przeszłe okrywały ją w oczach jego blaskiem męczeństwa, koroną świętości, kochał w niej nie kobietę, lecz zjawisko jakieś, o którym marzył przez sen, kochał ją sercem młodym, odrodzonym, bez żadnej żądzy więcej, tylko widzenia ją szczęśliwą. Taka miłość bywa najrozkoszniejszą, lecz rzadko trwałą, dla Ordęgi i Anny jaśniała ona tylko kilka miesięcy. Raz, kiedy siedzieli w ogrodzie i rozmawiali swobodnie, zaturkotało przed gankiem; Anna się porwała, pobladła, spojrzała i zawołała:
- Mój mąż przyjechał!
Potem bezprzytomna pobiegła ku domowi, a Teodor długo przeprowadziwszy ją oczyma odszedł ze spuszczoną głową.
Zaledwie Anna z bijącym sercem i niepokonaną bojaźnią stanęła na progu domu zwalniając kroku umyślnie, aby pół-chwilą później męża zobaczyć, ukazał się on przed nią z uśmiechem na ustach i powitał:
- Gdzieżeś to biegała? Skąd wracasz tak zarumieniona
- Z ogrodu.
- A jak uważam, nie spodziewałaś się mnie? I cóż, rada jesteś mojemu przybyciu? Anna nie miała siły na odpowiedź.
- Powróciłem na biedę! - dodał - możeś myślała, że tam już umrę! Ha! Powróciłem z zapasem życia! Cóż tu słychać? Jak się miewa pani Bałabanowiczowa? Nie widziałaś się z nią? Bywał tu kto w czasie mojej niebytności?
- Nikt - odpowiedziała cicho Anna, ale tak pomięszana, że mąż od razu poznał kłamstwo, zmarszczył czoło i pożałował swojej łatwowierności i zaufania.
- Jak to? nikt a nikt? - I wpatrywał się w nią uporczywie - nikt!!! Będziemy to wiedzieli od sług - zamyślony przeszedł do pokoju, a Anna weszła za nim drżąca.
XV
MIŁOŚĆ I ZEMSTA
Bałabanowicz z sędzią uważali z daleka postępy Ordęgi i łatwo dowiedzieli się od niego o miłości Anny. Cieszył się tym Bałabanowicz, ale jeszcze nie przewidywał, na czym się kończyć miało. Sędzia, który lepiej znał pana Mateusza, pojmował, że bez porwania Anny i namówienia jej na rozwód na niczym się to skończy, że mąż dowiedziawszy się o wszystkim ściślej ją trzymać zacznie, gorzej jeszcze męczyć będzie, ale sam nigdy nawet myśli rozwodu nie przypuści.
platoniczny - tu: uwznioślony, wyidealizowany