- Jest to jeszcze łaska z twojej strony, nieprawdaż? I wielka łaska! Lecz ty się dziś nie dopominasz, bo ja żyję, bo nie chcesz, żebym cię tak wystawił przed sądem, jak jesteś, niewdzięcznym, to mało, ale podłym złodziejem.
- Panie sędzio!
- Obrażają cię słowa, a nie bałeś się uczynku? Dziś ty mnie nie zaczepiasz, ale gdybym jutro umarł, pozwiesz pozajutro moich biednych synowców i wyzujesz ich z ostatniego kawałka chleba za to, że ich stryj podał ci rękę i pomógł: nieprawdaż?
Pan Mateusz gryzł wargi i milczał.
- Chcę więc skończyć z tobą, panie Mateuszu; ustępuję ci coś z twojej kradzieży i będę milczał.
- Ja nie chcę żadnej ugody i nic się nie dopominam - odpowiedział gospodarz - boli mnie tylko, żeś tak się względem mnie odmienił, sędzio.
- A ty?
- Cóż chcesz: prawdziwie, cóż ja ci robię!
- Nie pojmowałem, żebyś potrafił jeszcze usta do tłumaczenia się otworzyć.
- Pan mnie chcesz z własnego domu wypędzić!
- Nie zatrzymuję cię, ale rozumiem, że przynajmniej mi pozwolisz tu odetchnąć.
- Więc ja uchodzę! - rzekł gospodarz porywając za kapelusz. Wyszedł zatrzasnąwszy drzwi za sobą, a wkrótce podano mu konia i sędzia ujrzał go z chartami wyjeżdżającego w pole.
Tego mu potrzeba było właśnie; natychmiast więc udał się do Anny, która z bocznego pokoju całej rozmowy słuchała.
- Przybyłem tu dla ciebie - rzekł spiesznie do niej sędzia - nie mam chwili do stracenia. Chcesz być wolną?
- Ja wolną? Alboż to być może? Cóż to jest?
- Dziś będziesz mieć zapisy od ciotki i jej zezwolenie na rozwód; dziś w. nocy wyjedziesz stąd do klasztoru i nie wyjdziesz z niego, aż wolną od ślubów i panią swej woli!
- Byćże może?! sędzio! Jakże to się stanie? - zawołała Anna podbiegając ku niemu. -Mogłoż by to być?!
- Wszystko jest przygotowane przez twoich przyjaciół: ja ci pomagam. Zostaw drzwi otwarte od ogrodu. Nie mogę dłużej mówić, żeby ludzie nas nie podsłuchali lub nie postrze-gli. Bądź spokojna i czekaj! Bądź zdrowa.
- Tych słów domówiwszy, a widząc z oczu Anny, ze się nie potrafi oprzeć nadziei oswobodzenia, pewien jej zezwolenia wyszedł sędzia z pokoju i, nim pan Mateusz wieś minął, wyjechał ze dworu umyślnie spiesząc, aby był przez niego widzianym. Dla niepoznaki minął Złotowolską drogę i za laskiem dopiero kazał zwrócić na nią i konie puścić cwałem.
XVII
WYKRADZIONA
W Złotej Woli panował znowu ten sam porządek, ta sama cichość jak wprzódy; wróciły dawne zwyczaje: mops używał świeżego powietrza w ganku, zegar jednostajnym gangiem95 przerywał tylko ciszę, Jan drzemał z tabakierką w przedpokoju, a pani Dorota ciągnęła kabałę. Wypadki, któreśmy opisali, tak się zatarły, że świadkom ich trudno już było w nie uwie-
gang (z niem.) - chód zegara