- Chwałaż Bogu!
- Anna wie?
- Wie, i zgadza się na wszystko.
- Ciotka?
- Podpisała i zezwoliła.
- Więc jedziemy?
- Trzeba się tak wyrachować, abyś tam stanął, gdy się wszyscy pośpią. Jak najciszej podjedziesz pod ogród, a sam pieszo udasz się do Anny, która pewnie czekać będzie... Jak tylko wsadzisz ją do powozu, rozkażesz jechać nie na miasteczko, ale na Gniły Bród: tam ślady znikną i dalej nie będą wiedzieli jak was gonić. Na tylnych kołach powozu uczepić trzeba wiązki chrustu, żeby na piasku ślady zacierały: inaczej pan Mateusz mógłby dogonić i Bóg wie, co by było. Przełożona bernardynek jest uprzedzona, prosto więc odwiezie ją Bałabano-wicz tam; waćpan jutro wrócisz tak jakby z polowania i umyślnie będziesz się pokazywał w sąsiedztwie, żeby cię nie posądzano.
Pan Teodor podbiegł do zegaru.
- Pół do dziewiątej! stąd pól mili do Brzozówki, pan Mateusz kładzie się i zasypia zwykle o dziesiątej, mamy więc jeszcze godzinę czasu!
Podano herbatę i spiskowi, dodając sobie odwagi rozprawiali.
- Gdzież, jest Bałabanowicz? spytał Teodor.
- Czeka na pół drogi. Oddawszy Annę jemu, powrócisz.
- Dobrze. Czy ma powóz?
- Wszystko co potrzeba; zapisy uczynione Annie ja sam wniosę do akt i postaram się o przyznanie ich przed aktami przez podkomorzynę.
Pan Teodor spoglądał niespokojnie na zegar i bawił się pistoletami, które miał u pasa.
- Pan Mateusz nic się nie domyśla?
- Sądzę, że nic wcale; zostawił mnie sam na sam z żoną, gdym go łajać zaczął i pojechał na polowanie!
- Będzie miał dziś polowanie! - zawołał Ordęga - a jeśli mu się zamarzy przeszkodzić... to - i wskazał na pistolety.
- Jednakże lepiej dla Anny i dla nas, jak najostrożniej tego dopełnić - rzekł sędzia - rzeczy mogą całkiem inny wziąć obrót, jeśli przyjdzie do wrzawy i strzałów. Daj Boże, aby się bez tego obeszło.
Do wpół do dziesiątej rozprawiali tak niespokojni obaj, aż gdy miała bić wyznaczona godzina, porwał się pan Teodor, uściskał sędziego, który wracał natychmiast do domu, rzucił się w powóz i rozkazał ruszać.
Noc była jakby naumyślnie chmurna i ciemna, gęsta mgła jesienna okrywała ziemię, powietrze wilgotne i ciężkie; niekiedy wiatr powionął chłodny i upadł, a po nim znowu następowała cisza uroczysta jesieni. Zostawiony sam sobie Teodor palił się swymi myślami; chociaż odważny doznawał mimowolnie jakiegoś uczucia niespokojności, które go dręczyło; rad był, prędzej niebezpieczną czynność dopełnić; zdawało mu się raz, że powóz toczy się za powoli, że godzina wyznaczona upłynęła: to znów porwany przestrachem, którego nigdy jeszcze w życiu był nie doznał, lękał się końca, chciał go odsunąć.
Przejeżdżając las usłyszał głos puszczyków i serce mu bić zaczęło. W tym lasku schodzili się oni z Anną, przypomniały mu się te chwile niebieskie i nabrał odwagi, którą znowu tracił myśląc o niebezpieczeństwach tej nocnej wycieczki. Wszystkie najgorsze tego wypadku następstwa stawały mu na myśli, przypuszczał śmierć swoję, śmierć męża, walkę, itp.
Nagle powóz się zatrzymał u bramy ogrodu i Teodor wyrwany myślom wyskoczył z niego mimowolnie się żegnając a zalecając ludziom jak najgłębsze milczenie. Wziąwszy pistolety i szablę wyłamał furtkę i wszedł do ogrodu. Tu zaszeleściały mu liście pod nogami i włosy stanęły kołem; nieprzytomny zbłądził w znajomym ogrodzie i zmuszony był usiąść na ławce,