dech męski, pomięszany z zapachem cygar i złego wina. Nie! stanowczo tego za wiele! Jakiś nieokreślony smutek przepełnia jej piersi, łzy nabiegają do oczów i Kaśka wybucha głośnym płaczem, ocierając łzy trzymaną w ręku pończochą. Czyż tak będzie całe życie? Więc nigdy nie znajdzie spokoju, nigdy chwili wytchnienia? Czyż wszyscy mają prawo rzucać się na nią dlatego, że jest biedną służącą, zmuszoną iść z odkrytą głową przez ulicę?
Feliks, nie przewidując łez na zakończenie swych świetnych propozycji, milknie zmieszany i wstaje z kuferka. Duma jego dotknięta każde usunąć się co prędzej; dlatego ze źle ukrywaną złością chwyta rzucony pod stół kapelusz i wychodzi trzaskając drzwiami.
- Klucz oddać stróżowej! - rozkazuje, stojąc we drzwiach; a Kaśka nie odwraca nawet głowy, tylko płacze ciągle, opierając skroń o ścianę. Te łzy sprawiają jej ulgę i przynoszą trochę spokoju.
Ubogie swe sukienki przewiozła w dorożce razem z pościelą, zawiązaną w grube białe prześcieradło.
Zajechawszy przed bramę, oglądała się na próżno za swym nowym znajomym, Janem... Nigdzie go nie było - poszedł zapewne na miasto. Kaśka nie mogła zrozumieć, dlaczego nieobecność stróża sprawiła jej przykrość. Pragnęła, aby przyjazna twarz chłopca przywitała ją na wstępie do nowego mieszkania. Nie obawiała się z jego strony napaści, owszem, miała dlań ufność i pragnęła jego opieki. Z pomocą dorożkarza przeniosła kuferek i pościel, a sama pani otworzyła jej drzwi kuchenne.
Gdy zasłała ze starych desek pozbijane łóżko i pokryła je grubym prześcieradłem, a na ścianie powiesiła rzędem cztery piękne malowane obrazy, uśmiechnęła się w swym ubóstwie i uczuła się zadowoloną. Te obrazy były jej jedynym bogactwem. Święta Trójca z szafirową kulą, przedstawiająca świat cały, Matka Boska Kochawińska, wychylająca czarną twarz z pozłocistej sukni, i święty Wincenty a Paulo z dzieciakiem na ręku. Czwartym w tej galerii obrazów był Bogumił Da-wison13, rozparty w purpurowym płaszczu i koronie cezarów. Kaśka, nie znając bohaterów sceny, umieściła tragika pomiędzy obrazami świętymi, uważając go za coś wysokiego ze względu na czerwony płaszcz i dumną, wyzywającą pozę, z jaką się rozpierał koło urny, na kolumnie wysokiej sterczącej.
W kuchni znalazła mnóstwo śmieci i kurzu; po kątach stosy kości, łupiny od kartofli itd.
Po rozpatrzeniu się bliższym zauważyła brak wielu koniecznych naczyń, szczotek, żelazek. Z wielką energią rozpoczęła więc sprzątanie tego kąta, w którym odtąd żyć miała. Gdy obmyła podłogę, zabrała się do oczyszczenia ścian, ale tu niewiele pomogły jej dobre chęci. Czarne smugi pokryły dawno nie bielone ściany. Niewielkie okienko wychodziło na małą boczną galeryjkę, opatrzoną cienką, żelazną poręczą, zakrzywioną na rogu i ciągnącą się w górę po spiczastym dachu niższego budynku. Okienko to dawało mało światła i powietrza. Kaśka westchnęła. Szerokie jej piersi wciągały od razu wielką ilość powietrza, gdyż inaczej krew ją dusiła i zalewała jej głowę.
Nagle drzwi od pokoju otworzyły się i w nich stanął mężczyzna niemłody, w szlafroku - widocznie pan domu.
Kaśka wyprostowała się i podeszła, pragnąc w fałdach wyszarzałej perskiej tkaniny znaleźć rękę swego chlebodawcy i wycisnąć na niej pełen szacunku pocałunek.
Ręka jednak zniknęła w zbyt obszernym rękawie, a natomiast z piersi mężczyzny wybiegł cichy, zachrypnięty głos, podobny do piania koguta.
- Cóż to za nowy tłomok tak hałasuje, że człowiek myśleć nawet nie może?
Kaśka, biorąc zawsze najgorsze dla siebie, zastosowała tym razem wyraz „tłomok" do swej osoby.
- To ja, proszę wielmożnego pana, Kaśka. Chudy mężczyzna skrzywił się.
- Nowa sługa, hm... hm... gorsza złodziejka i latawiec niż tamte. No, no, ja się do ciebie wezmę i będziesz mnie słuchać. Nie panią, tylko mnie, bo u mnie służysz. Rozumiesz, ja płacę! Pani nic nie ma, to wszystko moje. To moja krwawa praca, którą ona niszczy.
Bogumił Dawison (1818-1872) - znakomity polski artysta dramatyczny; odnosił duże sukcesy za granicą