szlafroka, postąpiła pani kilka kroków ku okienku, skąd padała jeszcze szarawa, jakby popiołem przysypana smuga światła, i stanęła w tej smudze, zwracając ku Kaśce swą bladą twarz niezdrowej kobiety.
Pragnęła widocznie coś przemówić do klęczącej naprzeciw niej dziewczyny, nie wiedziała jednak, od czego zacząć.
- Bardzo tu było brudno - wyrzekła powoli, a głos jej drżał lekko, prawie niedostrzegalnie.
- Tak, proszę wielmożnej pani, ale jakoś się to uładzi - odpowiada Kaśka, szczęśliwa, że jej piękna pani tak uprzejmie do niej przemawia.
- Mąż mój... to jest pan - poprawiła się - lubi porządek... trzeba mu dogadzać... - proszę cię o to...
Kaśka podniosła głowę i zastanowiła się chwilę. Jak to? Ta pani prosi ją o wypełnienie obowiązku?
- A teraz mam jeszcze jedno zlecenie - mówi pani, wahając się przez chwilę. - Zdajesz się być dobrą dziewczyną... Służ mi wiernie, a nie pożałujesz. Skoro podasz samowar i zobaczysz, że ja siedzę przy stole i biorę bułkę z koszyka, wróć do kuchni, a po chwili wejdź z tym listem. Podaj go panu, mówiąc, że przed chwilą posłaniec go przyniósł. Potem wyjdź z pokoju i nie przychodź, aż cię zawołam.
I kończąc te słowa, wyciągnęła pani swą tłustą białą rękę, podając Kaśce list, zaadresowany dużymi literami.
Jakieś dziwne zakłopotanie ogarnęło obie kobiety. Kaśka, nie wstając z klęczek, otarła mokre ręce i ująwszy list wsunęła go za kaftanik. Pani nakazywała jej kłamać i poszukiwać pana, oddając mu list z uwagę, że przyniósł go właśnie posłaniec. Kaśka czuła, że to nie było dobrze, i kryła w cieniu pomieszanie, które ogarnęło ją nagle. Pani, w szarym i przyćmionym blasku padającym z okna, miała w swej bladej twarzy wyraz lekkiego zakłopotania z tego przymuszonego tłumaczenia się przed sługą, którą od kilku godzin zaledwie poznała.
- Czy wiesz, co masz robić? Zrozumiałaś dobrze?
Kaśka wie wszystko, co ma zrobić, ale nie rozumie, dlaczego. Wiedziona wszakże instynktem, nie pyta o nic, nie chcąc zawstydzić jeszcze więcej tej bladej kobiety, która stoi przed nią nędzna i przygnieciona prawie swym kłamstwem.
- Pamiętaj wszakże - odzywa się pani łagodnym głosem - że służysz przede wszystkim u mnie. Dlatego liczę na ciebie i każę ci milczeć. Gdybyś wszakże powiedziała cokolwiek panu, wypędzę cię, a mnie narazisz na przykrość... bardzo wielką.
Głos jej nie miał tonu prośby, gdy mówiła „wypędzę". Był to raczej senny dźwięk stłumionego łkania, które zastygło w tej szerokiej piersi.
Kaśka poczuła nagle wielką litość nad tą kobietą, która kłamała z takim źle ukrywanym smutkiem. I ze zwykłą u kobiet przeciwko mężczyznom solidarnością postanowiła pomagać, ile jej sił starczy, tej dobrej, bladej pani, która mówiła do niej przychylniej, poczciwiej niż pan, liczący polana i rzucający się na samowar w dzikiej rozpaczy. Kaśka przeczuciem sługi odgadła w Julii istotę bierną, złą gospodynię, kobietę zajętą bardziej czymś poza granicami domu, żyjącą wśród ścian swego mieszkania jak w hotelu, bez zajęcia, bez chęci, bez uśmiechu. Oprócz tego Julia wydała się Kaśce bardzo nieszczęśliwą i chorowitą mimo dobrej tuszy. Gdy Julia mówiła: „Narazisz mnie na przykrość wielką" - Kaśkę ścisnęło „pod piersiami". Ta wielka przykrość rysowała się przed oczami tej wrażliwej dziewczyny jak straszny potwór, zagrażający życiu jej pani. O! pani może być spokojna. Kaśka własnymi rękami odsuwać będzie te przykrości i piersią własną zasłoni ją przed potworem! I klęcząc u stóp Julii, poczciwa dziewczyna za kilka słów łagodniejszym wypowiedzianych tonem składa w ofierze swej pani bezgraniczne przywiązanie, usta już chętne do kłamstwa i całą swą istotę, pełną uległości psa wiernego. W tej ciemnej kuchence zawiązało się milczące przymierze przeciwko mężowi i panu, przymierze mające na celu, z jednej strony, zdradę małżeńską, z drugiej - chęć odpłacenia ślepym posłuszeństwem za dobre słowo. Dwie kobiety, nie mające przed chwilą jeszcze nic wspólnego, łączyły się węzłem tajemnicy, która usunęła się za kaftanik