Czuje jednak instynktownie, że Jan jej nie wierzy, i ta niewiara dotyka ją boleśnie. Kaśka, jako porządna dziewczyna, dba o cześć swoją; przy tym dobra opinia Jana obchodzi ją nad wszelki wyraz. Poznała go dziś dopiero, ale pragnęłaby, aby patrzył na nią nie jak na latawca lub pierwszą lepszą dziewczynę.
- Może pan Jak pokpiwać - tłumaczy wolno, patrząc na wierzchołki drzew wystające spoza muru klasztornego. - Może pan dworować, ale co prawa, to prawda. Nie myślałam o głupstwach, bo czasu nie było, a potem...
Tu urwała, nie chcąc wydać się przed Janem ze swoim marzeniem. Pragnęła z czasem wyjść za mąż uczciwie, po bożemu, za porządnego rzemieślnika. Czysta, widna izba, wypoczynek niedzielny, łagodny mąż, nazwa mężatki, a przy tym ta błoga pewność posiadania własnego kącika - oto był cel marzeń Kaśki. Nie chciała wszakże, aby Jan wiedział o tym, i dlatego zamilkła nagle, nie kończąc zdania rozpoczętego. On wszakże domyślił się jej dążeń tajemnych, bo przechylając głowę i mrużąc figlarnie oczy zapytał:
- Aha! To panna Kasia chce się wydać? Oj! joj!!... co to za rarytas iść za mąż! To nie warto!... Kaśka podniosła głowę i spojrzała w twarz szydzącego z niej Jana.
- Dlaczego nie warto? Przeciek lepiej być na swoim, jak całe życie na drugich harować - dodaje z ożywieniem.
Jan machnął ręką.
- Abo to na męża harować nie trzeba? Chłop zawsze chce, aby baba na niego robiła. Taka już u niego kundycja. A jeszcze jak bez kościół panna Kaśka go przewiedzie, to już po wszystkiemu. Weźni pannę za łeb i panna ani piśnie.
Kaśka spojrzała w oczy Jana, a oczy te migotały jakoś dziwnie w żółtym świetle latarni.
- Ha! Wszyćkie tak robią. Tyle wydanych chodzi po świecie - rzekła z rezygnacją.
- Dlatego że jedna durna, to i reszta ma zdurnieć? - wybuchnął Jan z rodzajem dziwnego gniewu. - Na co wiązać się na przepadłe, czy nie lepiej na wiarę? Można się puścić, kiedy człowiek chce, a nie tak przez całe życie się kłócić.
Kaśka osunęła się z wolna.
- Pan Jan przekpiwa? A gdzież która porządna dziewczyna siedzi na wiarę?
Jan spojrzał na nią z wyrazem niewysłowionej pogardy. Wydała mu się w tej chwili śmieszną i głupią. On był tak dumny ze swych quasi-postępowych idei, pochwytanych w szynkowniach lub podsłuchiwanych z rozmów studentów, którym dawniej posługiwał, że roztaczał szeroko te nadzwyczajne przekonania, druzgocąc każdego, kto się im sprzeciwiał. Dlatego nie uznał za stosowne kończyć rozpoczętą rozmowę. Pomylił się widocznie - to nie była dla niego dziewczyna. Chce się wydać za mąż i udaje świętoszkę. On tam żenić się z nią nie będzie!
I z nadzwyczajnym lekceważeniem począł gwizdać popularną piosenkę: „Kochały się dwie Marysie...", dając do poznania, że cała rozmowa ma być uważaną jako przerwana.
Kaśka stała chwilkę, czując się dziwnie uciśnioną i zawstydzoną. Dlaczego przestał z nią nagle rozmawiać i spoglądając, wykrzywił tak dziwnie usta? Przecie nie powiedziała nic złego, co by go mogło obrazić. Owszem, starała się mówić łagodnie i dobierała wyrazów, aby się nie wydać prostą, ordynarną dziewczyną. Dziesiąta godzina wybiła na ratuszowym zegarze. Jęcząc przeleciały niskie, donośne tony i spadły na dachy sennych domów. Coraz mniej przechodniów snuło się po chodnikach, ale za to wiele dorożek pędziło z hałasem w stronę kolei. Co chwila na zakręcie ulicy pojawiały się jasne punkta, jak oczy olbrzymiego zwierza, i zdawały się mrugać, stając się większymi lub mniejszymi, stosownie do ruchu dorożki. Kaśka śledziła te światełka, sądząc, że którekolwiek zatrzyma się przed bramą, że z powozu wysiądzie jej pani i wejdą razem na górę. Byłoby to dla niej wielką ulgą, bo pragnęła uniknąć zapytań pana, na której inaczej - jak kłamiąc - odpowiedzieć nie mogła. Dorożki jednak przelatywały i ginęły w ciemności, goniąc się wzajemnie.
Za chwilę zajęczało znów w powietrzu. To wiecznie niezgodny zegar Paulińskiego kościoła zdawał się spóźnionym echem powtarzać przed chwilą z ratusza obwieszczoną godzinę. Jan przestał gwizdać i poruszył się wreszcie. Nadeszła pora zamknięcia bramy, a Jan lubił przestrzegać tej