bareż (fr.) -lekka tkanina z wełny, bawełny i jedwabiu (od miasta Baréges w Pirenejach) „faschinenenmesser" (niem.) - broń przyboczna, rodzaj krótkiego i szerokiego noża panem et circenses! (łac.) - chleba i igrzysk! (okrzyk ludu rzymskiego z okresu cesarstwa)
reżowe suknie, zbrudzone, przystrojone zupełnie odmiennej barwy falbankami, opinały się z uporem, zapadając przy zgięciu kolan, aby odbite piętami przerzucać się za każdym krokiem z dziwną a wcale nieponętną fantazją. Całe pęki wstążek, pozwijanych w trąbki, lub aksamitek o wystrzępionych brzegach przyczepiły się do boków lub ramion, gorsy, strojne w tarlatanowe krezy, dozwalały widzieć kawałek czerwonej, grubej szyi, na której zwieszała się tradycjonalna „sylwetka" na czarnej aksamitce. Na głowach najdziwaczniejsze kapelusze wiewały z defryzowanymi piórami lub zadziwiały pękiem majowo zielonej trawy, pośród której królowały ogromne róże lub olbrzymiej wielkości niezapominajki. Niektóre dziewczyny szły z gołą głową, ale nie ukrywały swej zazdrości na widok zastanawiającego kapelusza, zdobiącego głowę zamożniejszej towarzyszki. Obok nich mężczyźni, najczęściej żołnierze, szli kołysząc się z miną zwycięzców. Ułani w błękitnych ułan-kach i czerwonych myckach stawiali nogi szeroko, patrząc z pogardą na strzelców i innego gatunku żołnierzy należących do piechoty. Kanoniery w brązowych kabatach z krótkimi „faschinenmesse-
23
rami" przy boku starali się nie ustępować kroku ułanom, których brawura przechodziła wszelkie granice. Czasami przemknęła para „cywilów" - to znaczy, że on nie nosił wojskowej kurtki ani nie roztrącał ludzi dla utorowania drogi i zwrócenia na siebie uwagi, a ona szła o wiele skromniej i przyzwoicie) niż dziewczyny prowadzące się z żołnierzami. Brukowanym gościńcem jechały dorożki przepełnione ludźmi. Zmęczone konie, zachęcane batem, wlokły wychudłe nogi, potykając się o nierówne kamienie. Co dziesięć minut ludzie ustępowali z drogi przed dzwonkiem obwieszczającym nadejście tramwaju. Natłok panujący w tramwajach był tego dnia niesłychany; fala pasażerów wylewała się na zewnątrz, przepełniając ganeczki, cisnąc konduktora, paraliżując ruchy woźnicy. A mimo tego na każdym przystanku przybywali nowi pasażerowie; czepiając się balustrady, stawali na stopniach, próbując się wcisnąć do środka, aby tam siłą wywalczyć kawałek ławki. Rodziny urzędników, o wiele spokojniejsze, szły wolno, rozmawiając ciszej, nie potrącając nikogo, wyróżniając się w tym tłumie lepszym gustem w ubraniu i chorobliwą bladością, jaką najczęściej twarze kobiet były pokryte. Cały ten tłum, złożony przeważnie z ludzi chudych, o wklęsłych klatkach piersiowych, śmiał się fałszywą wesołością skazańców, daleką od tej hałaśliwej radości, jaką objawiają rzemieślnicy innych krajów w bezczynności popołudni niedzielnych. Nie było istotnej swobody w sczerniałych lub wyblakłych maskach ich twarzy, rodzaj ogłupienia i zbydlęcenia malował się w rysach tych ludzi, którzy w pracy swej widzieli jedynie źródło zarobku - możności wypicia większej ilości piwa, a zacieśnieni w swych źle urządzonych warsztatach nie pracowali dla żadnej idei, dla dobra ogółu, lecz jedynie dla siebie samych, a w najlepszym razie dla utrzymania chorowitej żony i skrofulicznych dzieci. Nie ożywieni żadną lepszą myślą, mieli chód i spuszczenie łbów charakteryzujące konie żydowskich furmanów, a nawet w swej wesołości nieśli ze sobą trywialny smutek zapracowanych „na śmierć" ludzi. Zresztą, jakąż rozrywką mieli orzeźwić zmęczone dusze, drzemiące w tych ciałach, które miast krwi nosiły w swych żyłach rozczyn alkoholu i jad złych chorób, odziedziczonych po ojcach lub nabytych w rozpuście młodości. Brudne żydowskie knajpy, gdzie rozlegała się wrzaskliwa muzyka, otwierały swe przegniłe wrota, wyciągając wzdłuż dusznych sal lub placyków, szumnie „ogrodami" zwanych, całe szeregi stołów o blatach porysowanych, na których kufle piwa lub kieliszki koniaku zmieniały się z przerażającą szybkością. I w słabym świetle osadzonych w glinianych lichtarzach świec cisnęły się całe gromady kobiet, mężczyzn, dzieci, kończąc dzień świąteczny zalewaniem się strugami piwa, fałszowanej wódki, opychając chore żołądki bryndzą lub ogórkami. Przeraźliwe wrzaski trąby napełniały powietrze, stanowiąc jedyną wznioślejszą rozkosz, mającą podnieść ducha i umocnić na dalszą ciężką i mozolną wędrówkę.
I nic nie urządzono dla inteligentniejszego rozerwania umysłów tej wielkiej gromady, która do niedziela przeciągała tłumami po zacieśnionych ulicach miasta, zdając się wielkim głosem doma-
24
gać panem et circenses! Żadne ludowe przedstawienie, żaden teatrzyk tak zwany ogródkowy nie