- Dobrze się bawiłaś? Gdzie byłaś? Kaśka podnosi głowę.
- E! proszę pani, jak tam ja się mogłam bawić... siedziałam do tej pory w kościele!
Julia dziwi się mocno. Ona chodzi tylko do kościoła w niedzielę, na sumę, wtedy gdy tam widno i wszyscy ludzie chodzą. Po południu cóż robić w takiej piwnicznej ciemności, a jeszcze siedzieć do później nocy?
- Dlaczego nie poszłaś na spacer? - pyta, siadając na zniszczonym krzesełku.
Dobrzej jej w tej atmosferze kuchennej, przymyka oczy i nie wytężając swej inteligencji, może prowadzić rozmowę nie wymagającą zbytniej ilości słów i podnoszenia głosu.
Zapytuje więc Kaśkę o przyczynę niepójścia „na spacer" i zamknąwszy oczy, wyczekuje cierpliwie odpowiedzi ze zwykłą sobie obojętnością.
Kaśka odpowiada szybko - o! ona z chęcią przeszłaby się po tak pięknej pogodzie, tylko nie miała z kim - ot! wlazła do kościoła i tam siedziała koło Najświętszej Panienki. Samotnej dziewczynie trudno włóczyć się po ulicach, to bardzo źle wygląda.
Julia otwiera oczy i patrzy zdziwiona na Kaśkę.
- Ty nie masz... kawalera? - zapytuje po krótkim wahaniu. Kaśka mimo woli wstydzi się swej uczciwości.
- Nie mam, proszę pani! - odpowiada, kryjąc się w cieniu dziwnie zmieszana.
Przez kilka tygodni zrobiła postęp znaczny. Dawniej czuła w sobie samej zadowolenie i wystarczała jej pogawędka z niańką lub samą Pinkusową Lewi. Teraz, gdy została sama, a w dodatku poróżniła się z Rózią czuje, że tak długo nie potrwa; musi mieć kogoś przychylnego, komu by się zwierzyć z kłopotów, a czasem uśmiechnąć mogła. W dodatku jeszcze wstyd jej doprawdy, że nie ma „kawalira" - przecież nieułomna, niekoślawa, wyrosła, a! nawet zanadto, a tak chodzi sama, jakby od niej stronili. Tylko że to ona chce się wydać, a mężczyźni zawsze sobie na żart robią znajomości. Ot! żeby miała jakiego porządnego chłopca, toby już chyba od niego nie uciekała i poszłaby z nim na spacer, a wieczorem, z pozwoleństwem państwa, do kuchni by go wpuściła. Tylko poszedłby zawsze punkt o dziewiątej, bo Kaśka nie chciałaby „kumpromitacji" wobec całej kamienicy.
Gdy pani wyszła z kuchni, a Kaśka, podawszy herbatę, pozostała sama, raz rozbudzone w niej pragnienie zawiązania jakiejś „porządnej" znajomości kręciło się po jej mózgu z dziwnym uporem. Nie - stanowczo to nie byłoby złe, gdyby tak co niedziela przyszedł jakiś uczciwy człowiek i usiadłszy sobie koło stołu, rozmawiał z nią grzecznie, ona zmywałaby naczynia, odpowiadając na jego pytania, nalałaby mu swej herbaty i poczęstowała swym cukrem.
Byłoby to daleko weselej i zabawniej, niż siedzieć na kuferku po kilka godzin lub włóczyć się po ulicach, Bóg wie czego, ot, chyba po obrazę Boską.
I Kaśka z wyrazem nieokreślonej błogości przymyka oczy, wywołując w swej wyobraźni obraz podobnego życia, pociągającego ją urokiem nowości, dla niej zupełnie nie znanej. Przedstawia sobie tego „kogoś", siedzącego tuż przy samym stole i pijącego herbatę, którą ona własnymi rękami by mu przyrządziła. Kto wie, gdyby miała kilka centów, kupiłaby do herbaty bułkę i trochę salcesonu. Salceson mężczyźni lubią. Palić by tylko nie mógł, bo państwo by się gniewali, ale on by to dla niej zrobił i powstrzymał się przez te kilka godzin od fajki lub cygara. Zresztą, mógłby stanąć przy okienku, to dym wyszedłby na dach, a w kuchence nie zostałoby ani śladu.
Ten „ktoś" musi być uczciwym chłopcem, pracowitym, bo Kaśka próżniaków nie lubi. Rąk nie będzie miał od parady, a twarz musi mieć rumianą i wesołą. Oczy niebieskie, a zęby białe, zdrowe...
I mimo woli postać Jana przesuwa się przed oczami dziewczyny. Tak! Jan jest takim chłopcem, pracowitym, wesołym, rosłym - i poczciwym.
Ona zapomniała w tej chwili o drwinkach, jakie siekącą chłostą spadały na jej ramiona, wie tylko, że Jan w jej obronie rzucił się na kanoniera i nos sobie nawet pozwolił „rozdrapać".