Kaśka Kariatyda

Interesująca książka w sam raz na wakacje!

może. Przy tym przyznawał się teraz, że lubił zawsze takie duże, rosłe kobiety, a Kaśka miała jeszcze miłe spojrzenie, które mu w piersiach „świdrowało".

Gdy przechodziła koło niego, to choć na ustach miał żart niepoczciwy, toż wzrokiem ścigał ją i z upodobaniem wpatrywał się w rozwinięte kształty. A potem właśnie jej dobre prowadzenie się ciągnęło Jana bezwiednie; to uparte osamotnienie, na jakie się dobrowolnie skazywała, napełniało go podziwem i - jeśli tego słowa użyć można - szacunkiem.

Zapewne, Marynka była weselsza i o wiele „udatniejsza" od cichej i spokojnej Kaśki, ale gdyby Jan miał kiedykolwiek myśl do żeniaczki, toby takiego latawca, jak Marynka, nie wziął. Kochanka - to co innego, a żona - to żona. Jak kochanka z innym chodzi, to nie takie pohańbienie, jakby żona to zrobiła.

Stanowczo Kaśka na żonę lepsza, tylko że Jan nie myśli się żenić, bo to się na diabła zdało. Na kochankę znów Kaśka pójść nie zechce, więc nie ma o czym myśleć...

Ba! kiedy to myśl sama idzie do niej, jak mucha do miodu! Jan rad by myśleć o czym innym, wstyd mu trochę tak od razu przemieniać się w inną skórę - ot! jeszcze gotowi ludzie pomyśleć, że chce iść na tego „ślubnego", co to go Kaśka wyczekuje.

Gdyby nie to, dawno już byłby do Kaśki się uśmiechnął i uczciwie przemówił. Tylko wczoraj to już zapomniał o wszystkim - taka go szewska pasja wzięła na tego kanoniera, który biednej dziewczynie spokoju nie dawał. Dobrze się stało, że Kaśkę obronił, a kanoniera poturbował; tylko względem tego nosa - to nie jest wielka przyjemność. Boli bestia i aż spuchł, tak go kułak kanonierski przywitał...

Z bramy wysunęła się cicho Kaśka i stanęła chwilkę, widocznie bardzo zakłopotana. Pilnowała chwili, w której może sam na sam z Janem porozmawiać, i układała noc całą, w jaki sposób do niego przemówić. Gdy wszakże stanęła tuż przed nim, zapomniała zupełnie ułożonych zdań i zmieszała się bardzo.

Bała się szyderstw Jana i zamiast rozpocząć piękne podziękowanie, stała tak na chodniku, ściskając nerwowo trzymaną w ręku konewkę.

Jak widział ją także. Wydała mu się jeszcze wyższą, tęższą, wychodząc tak nagle z niewielkich drzwiczek, wykrojonych w bramie. W jasnym świetle porannym twarz jej rumieniła się gorącym, różowym odcieniem, ciemniejącym ku skroniom.

Bił od niej zapach młodości, jakaś woń nie zużytego, jędrnego ciała, świeżo skąpanego w zimnej, czystej wodzie. Była to „dziewczyna" w całym słowa tego znaczeniu - i Jan rozumiał aż nadto dobrze, że ta... nie oszukuje ludzi.

I nagle, podniecony wczorajszym zajściem z owym kanonierem, przerywa milczenie i obraca się ku Kaśce ze słowami:

- Dzień dobry pannie.

Kaśka czuje się bardzo szczęśliwą i wdzięczność jej dla Jana wzrasta z niezwykłą szybkością. Ułatwił jej początek rozmowy, przemawiając tak grzecznie - to bardzo, bardzo pięknie z jego strony. Teraz czuje, że pójdzie jej o wiele łatwiej; postępuje więc kilka kroków i staje tuż przed Janem z dziwną w niej determinacją.

- Pan Jan wczoraj się potrudził uwolnić mnie od tego wagabundy - mówi wolno, spuszczając oczy ku ziemi - chciałam więc podziękować... i przeprosić, że beze mnie tyle miał pan Jan turbacji.

Jan nadyma się i opiera się na miotle z postawą niezwalczonego rycerza.

- Furda! Nie ma o czym mówić. Rozklapał mi ta nos trochę, ale to się zagoi, za to, jakem go zamalował, to się aż o bramę oparł - odpowiada z pyszną pogardą dokonanego dzieła.

Kaśka z uwielbieniem spogląda na „rozklapany" nos, mieniący się barwą purpurowogranatową na okrągłej twarzy stróża.

- To musi pana Jana boleć - mówi, zmartwiona szczerze tym widomym znakiem walki, której była mimowolną sprawczynią.

Jan macha ręką.

© Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książki pełnią bardzo ważną rolę w naszym życiu i niczym nie mozna ich zastąpić. Sprawiają, że się rozwijamy. Dążymy do tego by być coraz lepszymi. Powiększają naszą wiedzę dodatkowo rozwijając nasz mózg. Powiększają pamięć.