- Et, drobiazgowość! nie ma o czym gadać. Tylko, po co panna tak sama po nocy łazi? Zawszeć to nie ma bezpieczeństwa. Jak dziewczyna idzie tak osobliwie, to mężczyzna ciągnie ku niej. To rzecz postanowiona!
Na Kaśkę uderzają płomienie. Nie! - on teraz gotów pomyśleć, że ona umyślnie chodzi, aby znajomości szukać... Musi się z tego wytłumaczyć - niech wreszcie wie, z kim ma do czynienia.
- Niech pan Jan nie myśli - zaczyna ożywiając się stopniowo - że chodziłam tak sama jedna po dobrej woli. Mnie samej to nie ładzi tak szpacerować bez ulicę, przez znajomych... ale ja znajomości nie mam żadnej, a familia moja daleko, choć to są bardzo porządni ludzie.
I odrobina dumy, jaką ta dziewczyna chowa w głębi swej duszy, przebija się w intonacji głosu, z jaką wymawia ostatnie słowa.
Ożywiona nagłym, a dla niej niespodziewanie pomyślnym zwrotem, staje się rozmowną - i wbrew zwyczajowi ciemne jej oczy patrzą wprost w twarz stróża, migocąc złotawymi blaskami, przecinającymi piwne zabarwienie źrenicy.
Jan z przyjemnością słucha mowy dziewczyny. I on rad jest, że porzuci zbyt ciężką dla niego rolę wroga i stanie się przyjacielem tej dziwnie dla niego sympatycznej kobiety.
Gdy Kaśka skończyła mówić, Jan patrzył na nią jeszcze chwilę z wielkim upodobaniem. Niesłusznie nazywają ją „tłumokiem", żadna z dziewcząt, zamieszkujących kamienicę, nie może iść w porównanie z Kaśką - tak zdrową, silną i ładną wydaje mu się w tej chwili. Rozmawiając, postawiła trzymaną w ręku konewkę i obie ręce skrzyżowała wdzięcznym ruchem na piersiach. Ręce te, czerwone, lśniące, pełne - ciągną ku sobie wzrok Jana, budząc w nim chętkę uszczypania silnie tuż około łokcia. Ale rozsądek przeważa; nie chce zrazić do siebie Kaśki, bo wie, że ona takich żartów nie lubi. Później... kto wie, może się oswoi, zresztą - Jan zobaczy, co to z tego mieć będzie można.
Na razie jest zadowolony szczerze z obrotu, jaki rzeczy wzięły. Położył miotłę i zbliżył się do Kaśki; stoją tak naprzeciw siebie, przedzieleni tylko wąskim rowkiem rynsztoka, w którym płynie błękitnawą farbą ubarwiona woda, wylana świeżo z pobliskiej farbiarni.
- To pannie tak przykro i ckliwo być musi ciągiem siedzieć samej jednej? - pyta Jan, zainteresowany osamotnieniem Kaśki.
Mój Boże! czy jej ckliwo? - Ależ tak, a nawet bardzo. I szczerze, nic nie tając, opowiada, jak przykrzy jej się w kuchni, gdy nie ma co do roboty lub święto pracować zabrania.
- Pani dobra, ale strasznie niemrawa; pan znów trochę durnowaty, a oboje nic ze mną nie gadają. Zresztą, nie dziwota, bo to państwo, a ja tylko sługa, to im nie do rezonu ze mną; tylko że to człowiek nie pies ani nieme stworzenie, to lubi czasem rozgadać się o tym i o drugim. A tu choć do
29
ścian gadaj, taka pustka. W budny dzień, to mniejsza, ale jak święto przyjdzie, to nie uwierzy pan Jan, jak mnie chyci za serce. Takam wtedy zmarnowana, że za nic każda sierota! Wyjdę na ulicę, to łażę jak ćma, bo tak przez wyznaczenia, to jak na wystawę... Jan z ubolewaniem kiwa głową.
- Pewnie, pewnie - konkluduje po chwili - kobiecie samej to jak sroce w lesie. Każda powinna mieć swego chłopa, co by jej stanął w przygodzie i krzywdy zrobić nie dał.
Milkną oboje nagle, zmieszani tym zwrotem rozmowy. Ona myśli w tej chwili o silnej pięści Jana, który tak gracko „stanął jej w przygodzie" - on zaś mimo woli zapytuje siebie samego, czy nie warto by pomyśleć o zostaniu „chłopem" tej dziewczyny. Tylko ten ślub! to małżeństwo!... Eh, co tam! kupić nie kupić, potargować nie wadzi. Zresztą, może ona ustąpi coś ze swych warunków -kobiety same nie wiedzą, czego chcą. Czasem baba rano jezuitka, a w wieczór farmazonka. Spróbować trzeba; jak się nie uda, to despektu znów tak wielkiego nie będzie.
I z nagłą determinacją czyni Kaśce propozycję wspólnego spaceru za trzy tygodnie, wtedy gdy będzie miała „wyjście".
- Pójdziemy za rogatkę albo do menażerii; zresztą, gdzie panna Kasia zechce, mnie to za jedno, ja się znam z tymi osobliwościami...
I usiłuje przybrać minę zblazowanego człowieka, dla którego nic na świecie obcym nie jest.
budny (gwar.) - powszedni