Kaśka Kariatyda

Interesująca książka w sam raz na wakacje!

wszystko jest niczym wobec jednej wielkiej troski, która zaczyna nurtować umysł Kaśki. Nie wie, czy Jan nie będzie się wstydził iść z dziewczyną, która nie ma na „szpacer" jakiegokolwiek kapelusza. Kaśka nie lubi kapeluszy, woli chodzić z gołą głową; ale Jan - to taki „helegant", chodzi od święta w „tuziurku" i ma spodnie w kratkę. Doprawdy, ona nie wie, co to będzie... może on wcale nie zechce „publikować" się z nią po ulicy. I do głowy Kaśki powoli wkrada się żal, że dawniej nie posłuchała pani i nie zaczęła oszczędzać pieniędzy przy zakupnie mięsa, tak jak to teraz czyni. Jest już sześć tygodni, mogła sobie złożyć dość pieniędzy i kupić kapelusz.

Trzeba pomyśleć o tym, ale jutro już musi iść z gołą głową przez ulicę. Przeprosi pięknie Jana i poprosi go, aby się nie gniewał. Za trzy tygodnie ubierze się lepiej, teraz musi ją wziąć taką, jak

jest.

Szarawe, niepewne światło poranka wpadło do kuchenki i oświeciło zmęczoną twarz Kaśki, pochylonej nad kuferkiem. Świeża różowa sukienka wznosiła się, sztywną obręczą zawieszona na jednym z gwoździ, służących do przyczepiania naczyń kuchennych. Kaśka podniosła głowę i przymrużonymi oczyma wpatrywała się w szmat nieba, bielejącego poza małym otworem okienka. Na twarzy dziewczyny bezsenność i znużenie zaczynały już zostawiać ślady. Oczy czerwone, krwią nabiegłe przymykały się mimo woli, jakby nadwerężone od bezustannego natężenia. Pod skórą przewijały się żółtawe pasma, walcząc jeszcze z purpurą krwi, którą młode ciało tylko wytwarzać umie. Były to ledwo dostrzegalne ślady złego odżywiania i braku koniecznego spoczynku. Widocznie organizm zużył zasób sił, w których czerpał swą czerstwość, i potrzebował pomocy.

Pomoc jednak ta nie przybywała, bo któż bada ślady znużenia na twarzy służącej? Maszynę do szycia napuszcza się od czasu do czasu oliwą i oddaje do reparacji - ale to rzecz inna. Maszyny zepsutej odmienić nie można, trzeba nabyć nową, i to za drogie pieniądze. Schorowanej sługi pozbyć się łatwo - setki innych czekają dla zajęcia opróżnionej służby...

Kaśka przecież nie dręczy się takimi drobnostkami. Wie, że pracować musi, bo jest do tego stworzona. Dziś czuje się nawet szczęśliwą, a sumienie zagłuszyło rodzące się w jej sercu przywiązanie do Jana. Skądże by wzięła na krochmal i mydło? Wolałaby wcale nie iść na „szpacer", niż wyjść jak brudas. A przecież ten „szpacer" - to cała jej rozrywka, o której myśli całe trzy tygodnie!... Patrząc na swoją sztywną sukienkę, na czyściuchną spódniczkę i koszulę, nie żałuje ukradzionych pieniędzy.

Mój Boże!... te kilka centów pana nie zubożą, a jej dały możność wystąpienia porządnie przed Janem.

Tylko ten kapelusz!...

- Wielce okazy! Zwierzęta z krajów azjatycko-amerykańskich, lesiste poczwary, tygrysy ogoniaste, komgury workowate! Wielmożna publiczność, proszę do środka! Wąż boa, trzy łokcie w

3 1

okrąg mający, w tej chwili karmienie padliną, antre dziesięć grajcar, dzieci i żołnierze połowę...

Kaśka otworzyła szeroko oczy i usta, a na dobitne szturgnięcie Jana zamknęła usta bezzwłocznie.

Stali przed płócienną budą, ciągnącą swój szary, długi korpus wzdłuż placu, pełnego śmieci i kup rozmaitej wielkości kamieni. Do zewnętrznej ściany, od strony chodnika, przybite olbrzymie tablice przedstawiały dwóch mężczyzn we frakach i damę w piernikowej sukni, trzymających w wyciągniętych rękach potwornej wielkości węża, zapewne owego boa, znajdującego się wewnątrz namiotu. Ponad samym wejściem widział wielki napis „West-Ind-Menagerie", równie niezrozumiały dla prostaczków, jak i dla uczonych.

Innego wszakże zdania był nasz Jan, który, przekręciwszy czapkę na lewe ucho, z nadzwyczajną znajomością rzeczy wyłożył ogłupiałej Kaśce, co znaczy west-ind-menagerie. Po czym, poczęsto-

antre (fr.) - wejście

© Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książki pełnią bardzo ważną rolę w naszym życiu i niczym nie mozna ich zastąpić. Sprawiają, że się rozwijamy. Dążymy do tego by być coraz lepszymi. Powiększają naszą wiedzę dodatkowo rozwijając nasz mózg. Powiększają pamięć.