jej włożono mimo jej woli. I obiema rękami opiera się na stole, aby nadać sobie pozory zupełnie pewnej siebie osoby. Tak, stanowczo ten Jan jest najpoczciwszy z ludzi, skoro się z nią tak godnie obchodzi i fetuje ją jak jaką hrabinę. Czymże ona zasłużyła na tyle dobroci i w jaki sposób mu się odwdzięczy?
Wydał na nią ze dwa papierki i teraz znów każe dawać „piołunówki", aby się jej lepiej zrobiło.
Ślusarz zaś doradza herbatę z mocnym „harakiem", a ślusarka powtórzenie waniliówki. W ogóle jest tam bardzo wesoło. Ludzie, powoli podnieceni odurzającymi trunkami, rozmawiają coraz głośniej i wybuchają co chwila bezmyślnym śmiechem. Niektórzy posiadali na stołkach, aby lepiej widzieć orkiestrę, a Jan aż stanął na ławce, bo mówi, że mu na dole uszy po prostu zatyka. Jakiś ułan, dobrze podochocony, kłóci się z piechurem, którego mundur i niedołężna mina drażnią go widocznie. Ułan rozparł się na krześle i z junakierią wyśpiewuje piosnkę:
Hułany zuchy Piją piwo w nocy, A piechury gałgany Wytsescają ocy.
Ochrypły głos żołnierza mięsza się z tonami orkiestry. Bliżsi goście okazują widoczne niezadowolenie z tego niepożądanego sola, które im w słuchaniu „mużyki" przeszkadza. Ale ułan urąga wszystkim, coraz głośniej wykrzykuje, uderzając do taktu kuflem o brzeg stołu:
Tę chusteczkę, coś mi dała, Ja za gałgan brał -Cobyś sobie nie myślała, Żem ja cię za frajlu miał.
Jan uważa za stosowne wmięszać się w tę sprawę.
- Cicho tam, ty świecąca nędzo! Idź do kantyny wyć, a ludziom uspokojenie zostaw.
Kaśka z trudnością otwiera oczy i pociąga Jana za połę „tuziurka". Po co się kłócić z jakimś pierwszym z brzega? Czy chce pójść na inspekcję?
Jan, uspokojony trochę, siada i woła o cztery koniaki. Kaśka stanowczo pić nie chce, już i tak dusi ją pod piersiami. Jan nalega, mówią sobie „ty" i głowy ich dotykają się, tak siedzą blisko siebie. Zresztą mogą się nie krępować wcale, uwaga publiczności skierowana teraz na pewną familijną scenę, która się rozegrywa przy samym wejściu do ogródka. Jakieś małżeństwo poróżniło się przy ósmym kuflu piwa - teraz wzajemnie wyrzucają sobie rozmaite zdrożności popełnione. Ona broni się zawzięcie jak lwica, napełniając ciasne wnętrze ogródka trywialnym wrzaskiem na wpół pijanej rzemieślniczki.
- Jestem ślubne dziecko: Macierzyńska córka: Nie dam sobą poniewierać jak jaką najduchą.
Mąż z równym wrzaskiem wygłasza pewne wątpliwości co do jej pochodzenia; publiczność zaczyna się niepokoić i powstaje z miejsc dokoła kłócącej się pary. Płacz dzieci, czepiających się spódnicy rozszalałej z gniewu kobiety, dopełnia miary tego chaosu i zamieszania.
Tymczasem cienie zalegają ogródek. Ponad tym wrzeszczącym, pijanym tłumem noc rozpościera swą zasłonę. Tu i ówdzie pojawiają się na stołach świece, osłonięte od wiatru szklanymi kloszami. Ślusarka, zupełnie waniliówką pokrzepiona, staje się niezmiernie czułą i wylaną względem męża.
- S łuchaj, mężu! Daj buzi, kiedy cię ślubna żona prosi.
Kaśka przygasłym wzrokiem spogląda na te pieszczoty. Wie, że powinna iść do domu. Państwo czekają. Ba! ale nogi ma jakby z ołowiu, a senność ogarnia ją zupełnie...
Jednak Jan wstaje i płaci kelnerowi rachunek za wypite napoje i chleb z wędzonką. Po czym podnosi prawie siłą Kaśkę i kieruje się z nią ku wyjściu. O! on ma o wiele silniejszą głowę i trzyma