spokojnie, po ludzku, a nie po kątach jak jakie włóczęgi. Przecież państwo jej takiej rozrywki zabronić nie mogą.
Już i tak Marynka bezustannie podpatruje, kiedy się razem zejdą i choćby chwilę żartują ze sobą. Ta niepoczciwa dziewczyna wiecznie po domu się kręci, niby to szukając Lali i Parysa.
Prawda, że psy latają ciągle z góry na dół, ale ona, pod pozorem pilnowania, jest ciągle tam, gdzie być nie powinna. Kaśkę to gniewa, bo wie, że Marynka ma ostry język i gotowa Bóg wie jakie plotki po ludziach poroznosić. Jan także kilka razy zniecierpliwił się, gdy mu Marynka w drogę wlazła. Teraz nie lubi tej dziewczyny, a jej zadarty nos i złośliwe oczy gniewają go. Przyzwyczaił się do łagodnego spojrzenia Kaśki i Marynka po prostu wydaje mu się brzydką i złą dziewczyną. Przypomina sobie łatwy upadek i jej płaską, głupią miłość, w której kolczyki, pierścionek i krzyżyk z turkusem wielką grały rolę.
Gdyby mógł, odebrałby jej teraz te świecidełka; wielki ma żal do siebie, że się dał „wziąć na kawał". Och! ona umiała „naciągać", ta nicdobrego! Dlaczego Kaśka nigdy nie zażąda nic od niego? Jej chętnie kupiłby niejedną rzecz piękną, gdyby tylko się namyśliła i nie odpychała go ciągle. To przynajmniej byłoby warte, ale Marynka!...
Pewnego popołudnia zauważył Jan, że Kaśka musiała skończyć zwykłe tygodniowe pranie i z pewnością koło piątej pójdzie na strych wieszać bieliznę.
Rzeczywiście, przyszedłszy pod pozorem obejrzenia zepsutego dachu, zastał Kaśkę, która przyniosła cały kosz mokrej zupełnie bielizny, a pozostawiwszy go na ziemi, czerwonymi i wilgotnymi jeszcze rękami przymocowywała sznury do wystających na ukos belek.
Strych był dość obszerny i podzielony drewnianymi sztachetkami na kilka oddziałów. Każdy lokator miał swój własny oddział, który zamykał na kłódkę. I Budowscy, jakkolwiek niewielkie zajmowali mieszkanie, mieli także oddzielną klatkę, dość widną, bo opatrzoną właśnie okienkiem, wychodzącym na dachy. Zdawało się, że rozpalona blacha dachu przesyła w głąb domu swe gorąco. Kaśka oddychała ciężko, a pot kroplami spływał jej z czoła. Chwilami krew zalewała jej mózg i odbierał przytomność. Jedną z mokrych chusteczek położyła na wierzchu głowy, pragnąc ulżyć sobie i ochłodzić się trochę.
Gdy przymocowywała sznury, dostrzegła wchodzącego Jana. Była pewna, że przyjdzie! i nie zdziwiła się wcale, przywitała go uprzejmie i rozpoczęła wieszanie bielizny. Śpieszyć się musiała... pani dziś wieczór miała iść na schadzkę, dlatego samowar musiał być wcześniej podany.
Jan udał się na przeciwległy koniec strychu udając niezmiernie zajętego ważnością naprawy popsutego dachu. Stały tam kufry pani hrabiny i woda lała się wprost na nie, tak przynajmniej mówiła wczoraj kucharka. I podnosząc głos opowiadał Kaśce o rozmiarze owej szczeliny, jaka pozostała w świeżo naprawionym dachu.
Kaśka, zajęta bielizną, przyznaje mu słuszność w konieczności zawezwania dekarza - choć jeśli to niewielka szpara, to sam Jan jakoś załatać może.
Ale Jan oponuje.
- Niech psiawiara gospodarz płaci, kiedy mu się domu zachciewa - mówi zbliżając się do Kaśki - ja ta pańskiej kieszeni oszczędzać nie będę, nawet dekarza namówię, coby naprzód dach jeszcze gorzej rozwalił, a potem se więcej płacić kazał.
Kaśka milczy.
Dawniej przecież byłaby stanowczo oświadczyła się za oszczędzaniem pańskiej kieszeni, ale dziś, gdy sama oszukuje pana, nie śmie ganić postępowania Jana. Zresztą, kto wie, może on i ma rację. Mój Boże, taki właściciel komorne zbiera a zbiera, a taki biedny dekarz dobrze napracować się musi, zanim kilka centów uskłada.
Jan siada na małej pace, stojącej na samym przejściu, i wyciąga z kieszeni króciutką fajeczkę, zaczyna zabierać się do palenia.
Kaśka widocznie uznaje za stosowne zaoponować.
- Niech pan Jan da z tą fajką pokój, jeszcze się ogień zaprószy i wszystko z dymem pójdzie.