Pan, powróciwszy z biura, czuł się niezdrów - była to choroba przykra, kamienie żółciowe, które mu już nieraz dokuczały w życiu. Teraz to widocznie powraca i trzeba przyszykować kataplazmy z lnianego siemienia, a do kieliszka wycisnąć sok z kilku cytryn.
To mniejsza, ale cóż teraz będzie z tą schadzką? Nie sposób odejść, bo pan jest w takich razach szalenie grymaśny i nie pozwala jej odejść na krok od łóżka. Trzeba więc zawiadomić tamtego, aby nie czekał na nią. Kaśka tylko to może uczynić.
Wie przecież, gdzie zwykle staje kareta; skoro się ściemni, musi pobiegnąć na wiadome miejsce i tam opowiedzieć, dlaczego pani nie mogła dotrzymać danego przyrzeczenia.
Kaśka zgadza się chętnie i przygotowawszy kataplazmy oczekuje nadejścia nocy.
Tymczasem Budowski przeraźliwymi jękami napełnia wnętrze mieszkania. Jego zżółkła, pomarszczona twarz wykrzywia się bezustannie, kurczona bólami szarpiącymi jego wnętrznościami. Julia z apatycznym wyrazem twarzy zmienia kataplazmy, podaje mu cytryny nie okazując najmniejszego współczucia dla cierpień męża. Wygląda jak płatna dozorczyni, zgodzona na dnie do doglądania obojętnego dla niej człowieka.
Myśl jej krąży gdzie indziej jak przy łóżku chorego. Nie wie, czy Kaśka sprawi się dobrze i opowie istotną przyczynę, która ją zatrzymuje w domu.
Ściemnia się zupełnie.
Kaśka, narzuciwszy chustkę na plecy, wybiega z domu i dąży w stronę, gdzie zwykle oczekuje na Julię jej kochanek. Z daleka widzi już dwie latarnie, świecące żółtym blaskiem. Zbliża się do powozu i spotyka opartego o drzwiczki młodego, wysokiego mężczyznę. Pali, jak zwykle, papierosa, ale na widok zbliżającej się Kaśki rzuca go na ziemię. Dziwi się jednak, nie dostrzegłszy Julii. Kaśka staje przed nim zmieszana, zdyszana cała od zbyt pośpiesznego biegu.
- Pan zasłabł - mówi szybko, nie podnosząc oczu na patrzącego na nią mężczyznę - pan zasłabł, a pani robi kataplazmy, przyjść nie może, pięknie pana przeprasza.
To „przeproszenie" dodała już z własnej głowy. Wydało jej się to o wiele polityczniejsze. Pani wprawdzie nie mówiła o tym, ale Kaśka wie dobrze, co się komu należy.
Załatwiwszy się w ten sposób, pragnie odejść, ale wysoki mężczyzna przytrzymuje ją za rękę.
- Co pani robi? co? - zapytuje, chcąc zawiązać i przeciągnąć w ten sposób rozmowę. Kaśka odpowiada chętnie, sądząc, że ów pan nie dosłyszał, co do niego mówiła.
- Kataplazmy, proszę pana, z siemienia lnianego, i dlatego pana pięknie przeprasza.
- Za co przeprasza? - pyta znów mężczyzna, przysuwając się bliżej do zmieszanej tym niespodziewanym zbliżeniem dziewczyny.
- Za to... że przyj ść nie może - odpowiada Kaśka, usuwaj ąc się o ile możności jak najdalej.
On mierzy ją dziwnym spojrzeniem. Ta dziewczyna podoba mu się. W pogardzie swej dla kobiet lubi odmiany; dziewczyna z gminu jest tak łatwą zdobyczą, po którą wyciąga się rękę, a ona sama zbliża się zwykle, uszczęśliwiona zaszczytem, jaki ją spotyka.
I w mdławym świetle latarni rozbiera szybko jej wdzięki. Tak! ta dziewczyna może być niezłą rozrywką wśród wielu innych. Dlaczegóż nie zabawić się, skoro i ona chętnie skłoni się zapewne ku uczynionej propozycji.
I bez wahania, szczypiąc dziewczynę w policzek, daje do zrozumienia to, do czego dąży. Ona, zmieszana tym nieoczekiwanym zwrotem, stoi chwilę, jakby przykuta do miejsca.
Jak to?... i ten także?
Mając tak piękną panią, zaczepiać jej własną służącą... Kaśka stoi, nie mogąc znaleźć odpowiedzi. Cóż ci mężczyźni mają pod skórą, aby napadać na kobiety, które raz pierwszy w życiu widzą?! On nalega.
Milczenie Kaśki bierze za wahanie i namysł. Wie z doświadczenia, że moralność nie kwitnie pomiędzy sługami, a każda prawie chętnie daje się namówić do złego. O Julię nie lęka się wcale -wie również, że sługi często dzielą się ze swymi paniami przedmiotem miłości, ale mają tę wyższość nad swymi chlebodawczyniami, że są bardziej dyskretne. A wreszcie, Julia ciąży mu po prostu, rad by z nią zerwać - lecz trudno poradzić z tą tajemniczą kobietą, współsenną, a mimo to na-