Kaśka Kariatyda

Interesująca książka w sam raz na wakacje!

rozgrzać zziębnięte ciało. Jan lubi takie gorąco i prawie plecami ociera się o piec, pomimo że Kaśka przestrzega go przed możnością dostania kataru.

Deszcz z głuchym łoskotem spada na dach przytykający do ściany, w której się znajduje okienko, zamknięte teraz i nawet już kitem oblepione; Kaśka wcześnie pomyślała o zabezpieczeniu się od zimna, w razie potrzeby - można drzwi do sieni otworzyć.

Tłumaczy to Janowi, który zupełnie podziela jej zdanie.

Zresztą Jan dziś jest bardzo wesoły. Wypiwszy piwo, zapytuje nagle zapatrzoną w swe rękawiczki Kaśkę:

- Budzę Kaśkę!

Kaśka przecież, jakkolwiek nie taki bywalec, jak Marynka, ale wie, co się w takich razach odpowiada.

- W kolorze?

Jan uśmiecha się figlarnie i długo myśli.

- W szaro-papuczastym! - odpowiada, spoglądając ze znaczeniem na swoją kratkowaną kamizelkę.

Kaśka milczy chwilę zakłopotana. Zapewne Jan mówi o sobie.

Nie może mu powiedzieć całej prawdy, a niegrzecznie odpowiedzieć też nie chce. Najlepiej wybierze drogę pośrednią.

I ze spuszczonymi oczyma, sercem bijącym, szepcze:

- Bardzo... szacuję.

Ale Jan wybucha śmiechem i z całą radością z zakłopotania Kaśki woła tryumfalnie:

- Salceson!

Kaśka dzieli jego radość. Mała kuchenka rozbrzmiewa wybuchami śmiechu tych dwojga ludzi, tak dobrze odpowiadających sobie rozmiarami inteligencji. Śmieją się hałaśliwie, pokazując rzędy zdrowych zębów, połyskujących lśniącą białością w czerwonej oprawie warg grubych.

Nagle śmiech milknie i ręka Jana, niosąca właśnie do ust kawałek salcesonu, opada jakby sparaliżowana. W otwartych drzwiach jadalnego pokoju stoi Budowski, drżący, niepewny na osłabionych nogach, chwytający się ramy drzwi, jak małe dziecko, które niedawno chodzić zaczęło. Wychudła ta postać, bardziej do widma niż do istoty żyjącej podobna, rysuje się ostro w jasnym świetle padającym od lampy, zawieszonej nad stołem jadalnym.

Budowski wstał nagle i zapragnął przejść się po pokoju. Śmiechy, dochodzące z kuchni, zdziwiły go niepomału. Cóż to za goście bawią się tak wesoło w jego kuchni?

Warto by zajrzeć, co ten grenadier Kaśka za bale wyprawia. Stanąwszy na progu, oniemiał z przerażenia. Jak to? pozwala sobie do tego stopnia, że przyjmuje jakichś mężczyzn w kuchni i traktuje specjałami? Nie! tego już za wiele!

I w najwyższej pasji chwyta się za głowę, wołając:

- Miłosierdzie Boże! Co się tu dzieje! co się tu dzieje!

Jan powstał z miejsca, zachmurzony i niezadowolniony z obrotu, jaki rzeczy wzięły. Kaśka uważa za stosowne wystąpić z obroną.

- Proszę wielmożnego pana - bełkoce, przypominając sobie kłamstwa pokojówki, pragnącej zasłonić swego kochanka przed gniewem pani Lewi - to mój... brat.

Budowski zna dobrze Jana i nie daje się wywieźć w pole.

- Brat? - krzyczy, przysiadając prawie na progu - brat? kłamiesz, to tutejszy Jan Viebik! Brat!... one wszystkie mają stu pięćdziesięciu braci na rok.

Ach! tego już za wiele! Pan obraża tym niezmiernie honor Kaśki, i czyni to wobec Jana. Stu pięćdziesięciu braci! - tak jakby ona przyjmowała jeszcze innych! Doprawdy, pan jest niesprawiedliwy.

Budowski tymczasem postępuje kilka kroków i staje przed stołem, przypatrując się porozstawianym talerzom i butelkom.

© Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książki pełnią bardzo ważną rolę w naszym życiu i niczym nie mozna ich zastąpić. Sprawiają, że się rozwijamy. Dążymy do tego by być coraz lepszymi. Powiększają naszą wiedzę dodatkowo rozwijając nasz mózg. Powiększają pamięć.