ich wysiłków. Nie powinien nigdy obmawiać ani oczerniać nikogo, natomiast zawsze mówić otwarcie i w oczy, cokolwiek by miał przeciw innemu człowiekowi. Nigdy nie powtarzać zasłyszanych o kimś ujemnych opinii i nigdy nie żywić urazy, a tym bardziej chęci odwetu wobec tych, którzy go krzywdzą lub obrażają.
Pytanie: Ależ to nie jest bezpieczne mówić ludziom w oczy prawdę o nich samych. Chyba się z tym zgodzicie? Wiem o jednym z waszych członków, który, śmiertelnie się obraziwszy, wystąpił i stał się zagorzałym wrogiem towarzystwa tylko dlatego, że mu powiedziano jakąś nieprzyjemną o nim samym prawdę oraz zrobiono mu z tego powodu wymówkę.
Odpowiedź: Mieliśmy takich wielu; ani jeden z członków, czy to wybitnych, czy zgoła nieznaczących, nie opuścił nas nie stając się zarazem naszym zagorzałym wrogiem.
Pytanie: Czemu to przypisujecie?
Odpowiedź: Wydaje mi się to proste — w większości wypadków byli to ludzie na początku gorąco oddani towarzystwu, wynoszący je przesadnie pod niebiosy, a potem jedyne usprawiedliwienie swej krótkowzroczności, jak i powrotu do dawnych nałogów znajdują w pozowaniu na niewinną ofiarę, a więc zrzucaniu wszelkiej winy z siebie, a przypisywanie jej towarzystwu lub jego kierownikom. Tacy ludzie przypominają mi bajkę, w której się mówi, że człowiek o wykrzywionej twarzy rozbija zwierciadło ze złości, iż nieprawdziwie — krzywo — odbija jego oblicze.
Pytanie: Ale co jest przyczyną, iż ci ludzie zwracają się przeciwko towarzystwu?
Odpowiedź: Prawie zawsze, w tej czy innej formie, zadraśnięta duma lub próżność. Często przyczyna tkwi w tym, że ich rady i zdania nie są przyjmowane jako autorytatywne i decydujące; albo też w ich naturze leży
to, że wolą przewodzić w piekle niż służyć innym w niebie, innymi słowy, bo nie mogą znieść znajdowania się na drugim miejscu, za nikim i w niczym, bo chcą wszędzie i we wszystkim zajmować pierwsze miejsce, a drugim nie umieją się zadowolić, l tak na przykład jeden z członków, istna "wyrocznia", krytykował i niemal oczerniał innych członków, zarzucając im, iż wszyscy oni nie są teozoficzni, a obwiniał ich wobec ich kolegów, jak i wobec świata, o to, co właśnie sam ciągle robił. Aż wreszcie wystąpił, podając za przyczynę, iż wszyscy, łącznie z założycielami, są— oszustami! Inny, po długich wysiłkach i intrygach, aby stanąć na czele dużej sekcji towarzystwa, widząc, że członkowie go nie chcą, zwrócił się przeciwko założycielom towarzystwa, stając się ich najzagorzalszym wrogiem, jawnie oczerniając, zwłaszcza jednego z nich, za to, że ten ani chciał, ani mógł narzucić go członkom. Czyż nie był to przykład poczucia zranionej dumy własnej? Drugi znów chciał praktykować, a raczej już praktykował to, co nazywam "czarną magią", czyli umyślnie wywierał osobisty psychologiczny wpływ na pewnych członków, wbrew ich woli, a jednocześnie okazywał pozornie największe oddanie i wszelkie teozoficzne cnoty. A gdy się temu położyło koniec, zerwat z teozofią, a teraz kłamie i oczernia towarzystwo w najzjadliwszy sposób, usiłując rozbić je, spotwarzając tych, których nie zdołał wyprowadzić w pole.
Pytanie: Co byście mogli czy chcieli zrobić z takimi typami?
Odpowiedź: Pozostawić ich własnej Karmie. Gdy jeden robi coś złego, nie jest to powód, by inni źle robili.
Pytanie: Ale wracając do obmów, gdzie można przeprowadzić linię oddzielającą oszczerstwo od słusznej krytyki? A czyż nie jest naszym obowiązkiem przestrze-