z pieniędzy przez stowarzyszenia, które ofiarowują się ze sprzedażą tajemnic potęgi, wiedzy i duchowych prawd za bezwartościowe złoto.
A najgorsze jest to, że czcigodne imię okultyzmu i jego strażników było zmieszane z błotem, sprofanowane i pokalane przez łączenie go z brudnymi pobudkami i niemoralnymi praktykami; a owe złośliwe pogłoski, oszustwo, szalbierstwo taki rzuciły cień na całą tę dziedzinę, iż powstrzymało to tysiące ludzi od drogi ku światłu i prawdzie. Powtarzam: każdy poważny teozof żałuje dziś z całego serca, że te święte i czcigodne imiona, jak i dziedziny wiedzy, zostały wymienione publicznie; wolałby sto razy, żeby pozostały one tajemnicą lub były znane tylko w małym kole zaufanych i wiernych, poważnych ludzi.
Pytanie: Istotnie, słyszy się dziś dość często te imiona, nie pamiętam wcale, bym kiedyś dawniej słyszał o istotach zwanych "mistrzami".
Odpowiedź: Tak jest, i gdybyśmy byli wierni mądrej zasadzie milczenia, zamiast szukać rozgłosu i drukować wszystko, czego się nauczyliśmy, taka profanacja nigdy nie miałaby miejsca. Zauważcie, że czternaście lat temu, przed założeniem naszego towarzystwa, mówiono o "duchach", ale nikomu się nie śniło myśleć czy mówić o mistrzach lub Mahatmach. Rzadko słyszało się nawet miano "różokrzyżowcy", a sama nazwa "okultyzm" wydawała się ogółowi — z wyjątkiem bardzo nielicznych ludzi — podejrzana. A teraz wszystko się pod tym względem zmieniło. My, teozofowie, byliśmy na nieszczęście pierwszymi, którzy zaczęli o tych rzeczach pisać i mówić, opowiadaliśmy o istnieniu na Wschodzie mistrzów i wielkich Adeptów nauk okultystycznych; a dziś nazwa ta stała się publiczną własnością. Na nas też spada Karma, tj. konsekwencje profanacji tych świętych imion i dziedzin. Wszystko, co dziś się o tych sprawach pisze — a spotyka się tego niemało — pochodzi od pierwszego impulsu danego przez Towarzystwo Teo-zoficzne i jego założycieli. Wrogowie nasi wykorzystują do dziś dnia nasze błędy. Jedna z ostatnich książek napisanych przeciwko naszym naukom jest uważana za dzieło "Adepta" o kilkudziesięciu latach doświadczeń. Jest to najoczywistsze kłamstwo. Znamy autora i tych, którzy mu posyłali natchnienie (gdyż sam jest za mało inteligentny, aby móc coś podobnego napisać). Ci jego kierownicy są to żywi ludzie, mściwi i bez żadnych skrupułów, lecz z dużą intelektualną siłą; a tych fałszywych "Adeptów" jest paru, a nie jeden. Cała grupa "Adeptów" jest używana jako młot do rozbicia teozoficznych głów. Atak rozpoczął się około dwunastu lat temu, gdy pani Emma Hardinge Brutten stworzyła "Luisa" w swej Sztuce Magii i Kraju duchów, a teraz kończy się "Adeptem" ze Światła Egiptu, dzieła napisanego przez spirytystów przeciwko teozofii i jej naukom. Ale na nic się zda utyskiwać na to, co się już stało, możemy tylko cierpieć z nadzieją, że nasze niedyskrecje może pomogą paru ludziom łatwiej znaleźć drogę do tych mistrzów, których imiona są dziś wszędzie "powtarzane nadaremnie" i pod których szyldem tyle obrzydliwości zostało już popełnionych.
Pytanie: Czy zaprzeczacie, że "Luis" był Adeptem?
Odpowiedź: Nie oskarżamy nikogo, pozostawiając to szlachetne zajęcie naszym wrogom. Spirytystyczny autor Sztuki magii znał lub nie znał podobnego Adepta — a mówiąc iylko tyle, wyrażam o wiele mniej, aniżeli ta autorka mówiła i pisała o nas i o teozofii w ciągu paru ostatnich lat. Ale to jej rzecz. Jednak gdy w uroczystej scenie wizji mistycznej domniemany "Adept" widzi "duchy", zdawać by się mogło w Greenwich, w Anglii, przez teleskop Lorda "Rosse", który był zbudowany i nigdy nie ruszany z Personstown, w Irlandii, może mi wolno bę-